25 maja
czwartek
Grzegorza, Urbana, Magdaleny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Pytanie do czytelnika

Ocena: 0
654

W „Gazecie Wyborczej”, w dodatku „Duży Format” poświęconym reportażowi – szkoda, że tam, bo reportaż to naprawdę szlachetny gatunek – dziennikarka opisała swoją spowiedź.

Spowiedź, która dla katolika jest sprawą świętą, bo jest rozmową z Panem Bogiem – i dlatego właśnie nazywa się „spowiedź święta”. I objęta jest tajemnicą, do jakiej zobowiązane są obie strony. Ale widocznie dziennikarka nie była katoliczką, co znaczy tylko, że dla niej spowiedź nie była żadną świętą sprawą. Czy to jednak usprawiedliwia jej postępowanie?

Nie będę pisała, ani w którym to było numerze, ani co to była za dziennikarka. Po co miałabym to podawać? Zwłaszcza że chcę zwrócić uwagę na niedoceniany w takich sytuacjach aspekt: że dziennikarstwo jest pracą zespołową. Dziennikarz nie wydaje swojej gazety jednoosobowo ani też nie redaguje jej sam. Reportaż więc, który kończył się opisem spowiedzi – podkreślę, że tematem było co innego, spowiedź niejako wieńczyła dzieło – czytało zapewne kilka osób, zanim poszedł do druku. Ba, może nad samym pomysłem dyskutowało wcześniej kilka osób? Może któraś z nich już na wstępnym etapie akceptowała – a może i podsunęła młodej, jak sądzę, autorce – taki chwyt: idziesz z tym do tego ich tam, no, konfesjonału i potem to opisujesz. A może nawet nagrywasz? Teraz są takie sprytne, bezszelestne urządzenia. Dlaczego nie?

Nie tak dawno opisywałam w tym miejscu dziennikarską prowokację przeprowadzoną w szlachetnym jakoby celu na bezrobotnych i zapytałam o zachowanie innych osób z telewizyjnej ekipy: czy nikt nie umiał powiedzieć „nie”? Nie wolno tak traktować ludzi!

Tym bardziej teraz: czy w całej „Gazecie Wyborczej” nie znalazł się nikt, kto by powiedział, że tak się nie robi?! Chyba że odwrócimy sytuację: udajemy tę ich spowiedź – mówią w redakcji GW – żeby pokazać... No właśnie, co chcą pokazać nasi koledzy? Nie chcę im przypisywać złej woli, ale jak inaczej mam zracjonalizować ich działanie?

Nie będę udawać, że wiadomość mnie zaszokowała; niestety nie. Co wcale nie znaczy, że już się przyzwyczaiłam do epatowania chamstwem, do stosowania wrednych sztuczek, do pomiatania ludźmi. Nie przyzwyczaiłam się i nigdy się nie przyzwyczaję. Dlatego właśnie na swoich zajęciach z warsztatu dziennikarskiego przy każdej okazji wracam do tych spraw – bo wiem, że mają trwały żywot. Mnie też, kiedy byłam młodą dziennikarką, w słusznie minionych czasach, próbowano namówić na podglądanie ludzi i opisywanie ich – nie z politycznych zgoła powodów, raczej dla zaspokojenia próżności redaktora skądinąd uważanego za tzw. fajnego. Ale dlaczego miał taki pomysł?

Nie wiem, ile już razy podnosiłam na tych łamach temat prowokacji, manipulacji, kłamstwa, oszustwa i przedmiotowego traktowania drugiego człowieka. Ale widocznie jest to jeden z tych tematów, z którymi trzeba się mierzyć codziennie od nowa. I codziennie stawać przed czytelnikiem z nadzieją, że on też takich sposobów nie akceptuje. Nie tylko w dziennikarstwie.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Sekretarz redakcji tygodnika "Idziemy"



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły