23 maja
czwartek
Iwony, Dezyderego, Kryspina
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska - blog

Ocena: 4.42381
28045

„Czekam na Twoje teksty do idziemy.pl. Możemy zrobić coś wielkiego” – napisał redaktor. Hmm… Początkowy entuzjazm osłabł przez wątpliwości. Kto dzisiaj czyta bloga?

Fot. pixabay.com/CCO

8 maja - Coś za coś

Z religią w szkole, jak wiemy, jest spore zamieszanie. Będzie, nie będzie, wchodzi do średniej, nie wchodzi, od tego roku czy od następnego itd. itp. Uczniowie odmieniają te zagadnienia przez wszystkie przypadki. Na marginesie: jak to jest, że te dzieciaki, które przecież nie grzeszą szczególnie szerokimi horyzontami, głównym zainteresowaniem jest jakieś Brawl Stars (to jakaś gra w którą „wszyscy” teraz grają), podejrzewam, że wielu uczniów nie zna jakichś podstawowych kwestii, nie wiem, historycznych, faktograficznych, innych… ale to, że religia nie będzie w średniej, to już w każdej klasie wiedzą! I się tą wiedzą przerzucają, a nawet mnie zaczepiają. Różnie, zależy od ucznia… ale ja nie o tym.

W tym całym zamieszaniu, zgłasza się do mnie ojciec swej córki, zaangażowany parafianin, uczestniczy regularnie w życiu kościoła, uczestniczy w spotkaniach męskiej wspólnoty w parafii, no, jednym słowem, myślę że ciężko o lepszy przykład zaangażowanego katolika dzisiaj. I mówi mi, że jego córka, uczennica trzeciej klasy, chce się wypisać z religii. Nie powiem, mocno się zdziwiłem. Ale to nie koniec. Posłuchajcie jakie są powody. I pan tata mówi: „bo ona mówi, że chciałaby dowiedzieć się czegoś o Eucharystii, a katechetka musi wojować z klasą o porządek”. 

Przysiadłem z wrażenia. Nie nad wysiłkami i cierpieniami katechetki. Nie z podziwu dla katolickiej rodziny. Ale z podziwu dla dziecka. Jestem pod wrażeniem. Żaden komentarz nie jest tu potrzebny. O całej reszcie, dyscyplinie (jej braku), uczniach (niewierzących) itp. nie będę teraz pisał…

Przypomina mi się tylko mój uczeń z Wołomina. Jeden z inteligentniejszych chłopaków w szkole. Pamiętam, jak na pewnej lekcji powiedział do mnie: „czy mógłby ksiądz robić ciekawe lekcje”? Nie było to może bardzo taktowne pytanie, ale nie było w nim jakiejś szczególnej złośliwości. W sumie to zupełnie mu się nie dziwię: podczas gdy on nudził się na lekcji, ja walczyłem z czterema klasowymi "przygłupami", o zachowanie elementarnego porządku w klasie….

Coś za coś, chciałoby się powiedzieć…

 

16 kwietnia - Najlepszy duszpasterz

(Dzisiejszy wpis ma charakter ironiczny)

Mój współ-wikariusz powiedział: „Zrobimy żywy grób”. Powiedział to w nawiązaniu do budowanych na Boże Narodzenie tzw. żywych szopek, w których obok figur świętej Rodziny, umieszcza się również żywe zwierzęta. Myślałem, że to jakiś żart a tymczasem na plebanii pojawił się ofiarowany przez kogoś królik razem z klatką i całym towarzyszącym asortymentem…

W grobie pańskim elegancka trawa z rolki, dużo kwiatów, figura Pana Jezusa i podest na monstrancję. Wszystko jak należy. No i on. Bobik. Czyli nasz nowy parafialny królik. (Może tylko dodam, dla tych, którzy mają większą wrażliwość sakralno-liturgiczną, że w czasie kiedy w grobie był Najświętszy Sakrament, Bobika tam nie było).

Owszem, pojawiło się kilka osób, które wyrażało się krytycznie. Ja słyszałem uwagi od dwóch. Proboszczowi chyba też ktoś coś szepnął, bo pod koniec drugiego tygodnia wielkanocnego zdecydowanie kazał Bobika usunąć.

Ale co się działo po stronie zwolenników?! (Od razu dodam, że ich liczba i przeżywana euforia, nie są argumentem za przebywaniem zwierząt w kościele. Po prostu opisuję, prywatnie bliżej mi do pierwszej, choć mniej licznej grupy wiernych).
Przy pustym już grobie pańskim zatrzymywały się tabuny ludzi. Nie tylko dzieci. Liczba spotkań, rozmów i zagajeń okołokróliczych nie da się zliczyć. „Proszę księdza to, proszę księdza tamto, a dlaczego, a jaki fajny, a jak skacze, a jaki super pomysł, a czy mogę zdjęcie, a proszę księdza ja kocham zwierzęta” itd., itp. 

Innym razem, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, przed Mszą św. o 18, słyszę że do kaplicy wchodzi jakaś większa grupa ludzi. Normalnie na tej adoracji jest raczej kilka osób, zwłaszcza na początku. A wspomniana grupa – kilkadziesiąt dzieciaków z pobliskiej świetlicy – przyszła zobaczyć królika. I nagle słychać jak półszeptem odmawiają Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. Niby fajnie, ale trochę zabawne, że przed Pana Jezusa na ołtarzu to jakoś tak ciężko im przyjść, a królika zobaczyć i modlitewkę przy nim odmówić to specjalnie przychodzą. 

Podsumowując, choć nie do opisania to wszystko: Bobik został naszym najlepszym duszpasterzem. Dzięki niemu zaczęli się modlić ci, którzy dawno już tego nie robili. Do kościoła liczniej przybywali wierni, nawet w tygodniu, a wszyscy (prawie) wychodzili bardziej uśmiechnięci. My, księża, musimy uczyć się od Bobika.

26 marca – 20 proc. więcej

W Wielki Poniedziałek (dzień po Niedzieli Palmowej), podczas lekcji o godzinie 8:00, mój uczeń z piątej klasy podnosi rękę. Pyta, nie czekając na pozwolenie. „Co ksiądz myśli o tym, że wczoraj w kościele było 20 proc. więcej ludzi niż normalnie?”. Po chwili namysłu odpowiadam, zarzucając wędkę – pokusę właściwie nie do odparcia – „Jaką chcesz odpowiedź? Dla dzieci czy dorosłych?”. Przecież to oczywiste, że wybierze „dla dorosłych”. Każdy by tak zrobił. 

A zatem rozwijam swoje myśli: że wiesz, mówię, to taka „msza z gadżetem”, ludzie nie bardzo wiedzą, po co te palmy, po co Msza, ale coś się dzieje, już blisko święta, to przychodzą… I odwracam się do tablicy, coś tam dalej zapisuję, ale po chwili dobiega głos: „A wersja dla dzieci?” (to też było pewne, że zapytają). Odpowiadam z uśmiechem: „Ludzie wiedzą, że już blisko święta, więc chcą się nawrócić i zbliżyć do Boga”. Na te słowa uśmiechają się już wszyscy w klasie.

Po kolejnej chwili ciszy Michał, wspomniany uczeń, mówi sam z siebie: „Mnie to się wydaje, że dzieci mówią rodzicom, że nie chcą chodzić do kościoła, i rodzice im wtedy nie każą, ale z palemką to idą”. 

No cóż, nawet dziecko jest w stanie przejrzeć te pozory, w których uczestniczymy.
 

7 marca – Polska to katolicki kraj

Długa przerwa na blogu… bo kolęda, ferie i w końcu powrót do szkoły a więc zabieramy się na nowo do pisania. Obecny czas przepełniony jest refleksjami wokół powyższych tematów – to normalne, wszak żyjemy tym, co robimy…

A odczucia szeregowego wikariusza na warszawskim osiedlu są takie, że daleko nam do tej katolickości Polski. Weźmy te dwa czynniki: uczestniczenie w Mszy Świętej niedzielnej oraz przyjmowanie „po kolędzie”. Wysokość tego pierwszego to, w większości warszawskich parafii, około 10 (100% to ogół parafian zamieszkujących parafię). A jeśli do powyższych danych dodamy subiektywne odczucia i doświadczenia związane z uczeniem religii w szkole oraz powszechnie dostępne obserwacje życia społecznego w Polsce, to mam ochotę wręcz krzyczeć, że Polska nie dość, że krajem katolickim (już?) nie jest, ale że wręcz jest krajem pogańskim!

Ale dlaczego o tym krzyczeć? A no dlatego, że (i to jest mój ból) nie widzę, żebyśmy z tym cokolwiek robili. My tzn. ja, Ty, parafia, wspólnoty, Kościół. Jak odprawialiśmy, tak odprawiamy. Jak katechizowaliśmy, tak katechizujemy. Jak chodziliśmy po kolędzie, ...itd. 

A tym czasem idzie nowe. Wiele można w tym miejscu napisać, ale niech ilustracją będzie to, nieco zabawne, wydarzenie. W jednym z minionych tygodni szedłem do szkoły. Mijały mnie mama z córką. Pewnie około 6-8 letnią. Dziewczynka była we mnie wpatrzona, ale i zszokowana jednocześnie. Kiedy tylko się minęliśmy usłyszałem: „Mamo! Ale pan w sukience?!”. 

To straszne, pomyślałem. Wolność od religii dziecko już praktykuje, ale teorii gender jeszcze nie przyswoiło (uśmiech). Gdzie są rodzice, pytam?! W każdym razie, idzie nowe, a Polska nie jest już katolickim krajem!
 

5 grudnia – Psiecko na Targówku

Ostatnio nieco głośno było o tzw. psiecku. A także o ludziach/rzeczach/postawach związanych z nim lub jego posiadaniem. A tak się składa, że tu, na Targówku, na terenie parafii jest kilka przychodni weterynaryjnych. No i jeśli dołączymy do tego fakt, że ksiądz „wizytuje” swoją parafię w sobotnie przedpołudnie, kiedy to z Komunią Świętą odwiedza chorych parafian, a ludzie świeccy w sobotę mają tzw. dzień gospodarczy, no to wiadomo, że możemy się sobie tego dnia wzajemnie poprzyglądać…

A przyglądam się ze zdziwieniem i stwierdzam, że jest to absolutnie nie moja wrażliwość, kiedy widzę, jak liczne osoby noszą swoich pupilów do weterynarza. I faktycznie robią to na modłę rodzicielską. Koty i psy owinięte w ręczniki/koce spoczywają w czułych ramionach swoich właścicieli… Tak, wiem, że przesadzam, no bo jak inaczej zanieść tego zwierzaka, jeśli nie na rękach, ale jednak… Wygląda to dziwnie… Przepraszam wszystkich, których razi mój brak wrażliwości…

I na tym samym Targówku są bloki, w których ludzie żyją bez dostępu do łazienki w mieszkaniu czy bez centralnego ogrzewania. Ostatnio udało się, przy pomocy młodzieży z Oazy, dostarczyć pewnej takiej parafiance piecyk olejowy. Staram się angażować młodzież do takich spotkań i odwiedzin. Niech zobaczą, jak niekiedy życie wygląda, ale też niech zaniosą takiej osobie odrobinę radości i świeżości w rozmowie. Dzięki Bogu, że jakoś to działa, jakoś się dzieje.

Mam tylko gdzieś w środku nieco dyskomfortu, nieco niezadowolenia…, bo z psami i kotami chodzi tyle osób, a do wspomnianej parafianki, pani Danusi, z trudem ktokolwiek…

 

8 listopada – A jednak

Kiedy w minioną sobotę udawałem się do chorych z Komunią Świętą, naszła mnie myśl (pokusa?): „jak niewiele dla świata, dla ludzi znaczy ta obecność Pana Jezusa pod postacią chleba”. Kiedy tak przyglądałem się mijanym na ulicy ludziom, byłem niemal pewien, że nie wiedzą, co to za dziwna okoliczność, że wystrojony ksiądz z jakąś torebką na szyi wędruje po osiedlu…? Gdyby był grudzień lub styczeń to z pewnością kolęda, ale teraz…?

I tak kiedy wędrowałem między jedną a drugą osobą „z listy”, nagle jakaś kobieta przyklęknęła. Specjalnie się w siebie nie wpatrywaliśmy, ale było dla mnie jasne, że ona wiedziała, Kto jest w bursie. Niezwykłe świadectwo z jej strony. Jak tego typu akcje wyglądają w oczach niewierzących lub nierozumiejących, to szkoda pisać, można się jedynie domyślać.

Kiedy byłem w drodze powrotnej do domu, młody chłopak z telefonem i słuchawkami w uszach powiedział na głos: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Tu chyba jeszcze bardziej się zdziwiłem. 

No więc Duch Święty momentalnie zaaranżował historie z morałem. W krok za wątpliwością przyszło rozwiązanie. Fajnie, że tak szybko, wszak nie zawsze tak się dzieje.

19 października – Dystans

Dzisiejszy wpis również został „wyreżyserowany” w szkole, ale dla odmiany z samą szkołą niewiele ma wspólnego. Rozmowa, którą zaraz opiszę i która stała się inspiracją dla tego wpisu, mogła wydarzyć się wszędzie. I faktycznie, zdarza się dość często w różnych okolicznościach. Wystarczy jedynie odrobinę skrócić dystans i pogadać o codziennych sprawach, o których ludzie rozmawiają np. w kolejce w sklepie lub na podwórku, wyprowadzając pieska na spacer.

Tym razem gawędziłem sobie z woźnymi w szkole. Takie tam właśnie zwykłe pogaduszki. Anglik powiedziałby small talk. Nie pamiętam już, w jaki sposób zeszło na pralnie chemiczne, ale zaraz podzieliłem się w rozmowie swoim doświadczeniem, kiedy to w takiej pralni zgubiono moje dwie sutanny. I tłumaczę dalej, że pralnia była dobra, że zawsze prali dobrze, a tu nagle taka wtopa i że oczywiście sutanny musiałem sobie odkupić. 

I to był ten moment. Rozmówcy w szoku. No bo jak to? „To wam nie dają?”. „Yyyy…” – odpowiedziałem. I dopiero po chwili zorientowałem się, że przemili woźni – pan i pani – myśleli po prostu, że będąc księdzem, dostajesz sutannę, tak jak np. policjant czy żołnierz – mundur. 
Niby skojarzenie nie jest jakoś rażąco niepoprawne, ale przyznaję, że sam nigdy na to nie wpadłem. Zapytałem też: „A kto ma dać?”. Odpowiedzieli: „No, góra” – to chyba chodzi o biskupa albo kurię, nie wiem, może proboszcza? 

No, w każdym razie nie o pochodzeniu sutann jest ten wpis, wszak jest ono bardzo proste – od krawca, bezpośrednio lub przez sklep, do księdza, który płaci sobie za sutannę sam i wybiera taką, jaka mu pasuje. Ten wpis i to doświadczenie są kolejnym światełkiem pokazującym, że życie księdza owiane jest jedną wielką tajemnicą, żeby nie rzec „niedopowiedzeniem”, i że jest zakryte przed świadomością zwykłego śmiertelnika.

To tylko jedna z sytuacji. I dodajmy, że zupełnie niegroźna, raczej nawet zabawna. Ale ludzie często nie wiedzą, a jak nie wiedzą, to sami sobie dośpiewują: skąd ksiądz ma pieniądze (pewnie z tacy), ile ich ma (dużo), jakie ma zajęcia (wiadomo, że nieliczne), czy ksiądz może pić alkohol (oficjalnie to pewnie nie, ale jasne, że piją) itd., itp. 

Można ponarzekać, ale w sumie to skąd ludzie mają wiedzieć? Dlatego lubię skracać dystans. 

4 października  Pozbawiony argumentów…

Po raz kolejny… Najpierw Ulmowie, a teraz to… Taka szkoda! No bo jak tu teraz narzekać na szkołę, katechezę czy szerzej – obecność w szkole, gdy dzieją się takie rzeczy… A było tak:

Librus nawalił. Zdarza się na początku roku, gdy plan lekcji jest wgrywany, a często również nieustannie poprawiany. O tym, że mam lekcję, dowiedziałem się dość późno, a uczniowie chyba wcale się nie dowiedzieli. Udało mi się złapać pięciu maruderów, którzy wcale nie byli szczęśliwi, że pozbawiono ich możliwości pójścia do domu (w oświeconym mieście lekcje religii są zawsze albo na początku, albo na końcu zajęć). Oczywiście wszystko działo się już po dzwonku, kiedy więc udało nam się jakoś zebrać, znaleźć salę i zająć miejsca w ławkach, było nas sześciu. Ja i pięciu uczniów.

Co tu robić? Niemalże odwieczny dylemat. Ani mnie, ani im się nie chce. Po twarzach widać, że byłoby lepiej, gdybyśmy się dzisiaj nie spotkali. Jak już zakodują sobie, że mamy tę lekcję, to będzie dobrze, ale ta dzisiejsza to bardziej „z łapanki”. „Macie coś do zrobienia? Dawajcie, to będzie mniej w domu” – powiedziałem. Jeden z chłopców wyjął ćwiczenia od matematyki. Przyglądałem mu się i zobaczyłem, że nie bardzo mu idzie. Był już gotów schować ćwiczenia do plecaka. „A masz kogoś w domu, kto ci pomoże?” – zapytałem. „Nie bardzo”. „To chodź”. Stanął obok mojego biurka i lecimy z tym dzieleniem pod kreską – piąta klasa to nie przelewki. Szybko się zorientowałem, że mojemu podopiecznemu chyba faktycznie nikt nie pomaga w domu… Ale na plus to, że chciał, że próbował.

Zrobiliśmy pięć ćwiczeń, pokazywałem palcem, pytałem, podpowiadałem, co gdzie wpisać, ale robił sam. Na koniec podałem mu rękę i pogratulowałem: „Zobacz, ile potrafisz już zrobić!”. A zrobiłem to w geście….samoobrony! Otóż, ślęczymy nad książką, patrzę kątem oka, a on próbuje się do mnie przytulić! No to go wyprzedziłem i podałem chłopcu rękę. Wiadomo, ksiądz to… nie powinien z dziećmi w klasie siedzieć, o dotykaniu nie wspominając… Okropne czasy!

Lekcja szybko zleciała, chłopaki wychodzą, a ten „matematyk” podchodzi do mnie, widzę, że prawie płacze i mówi, że „łzy mu lecą do oczu”.

Rozłożył mnie na łopatki. Naprawdę nie wiedziałem, że dzieciaki są aż tak zaniedbane. Że wystarczy zrobić pięć ćwiczeń, żeby zobaczyć taką potrzebę miłości.


15 września – Moc rodziny Ulmów

Z narzekaniem na katechizację trzeba będzie jeszcze chwilę zaczekać (ale jak znam siebie, to nie za długo). Wszystko za sprawą rodziny Ulmów. No cóż, świętość to świętość, nie ma żartów.

Jak mawiał ksiądz Kaczkowski: „nawet największe ogry słuchały”. Tak właśnie było na WSZYSTKICH lekcjach, a prowadzę je w siedmiu różnych klasach. W dniach bliskich beatyfikacji rodziny Ulmów nie sposób było nie podjąć tego zagadnienia na lekcjach. Nie robiliśmy też niczego wielkiego, ot, zadałem parę pytań, przeczytaliśmy jakieś artykuły opisujące to, co wydarzyło się w Markowej, a dzieciaki w skupieniu czytały, notowały i komentowały te wydarzenia.

Niby opisuję to tak, jak w szkole być powinno, czy też myślimy sobie, że jest na co dzień, ale nic bardziej mylnego. Dużo częściej lekcje stanowią pole walki o zachowanie podstawowej dyscypliny i przeprowadzenie czegokolwiek, a tu nagle… takie skupienie… i chęć współpracy. Szok.

Jasne, że można powiedzieć, że ciekawa lekcja, to i zachowanie uczniów lepsze, ale czy takie myślenie to nie samobój? Czy nauczyciel ma robić CIEKAWE lekcje? A co jeśli temat jest mniej ciekawy? To już wolno nie słuchać? Odnoszę wrażenie, że jest takie przyzwolenie, ale to temat na inny wpis.

Uczennica siódmej klasy tak „wkręciła się” w temat, że sama w domu doczytywała to, co znalazła w necie, później oglądała coś na ten temat razem z tatą i mówiła o tym w klasie. Naprawdę, normalnie to się nie zdarza. Moc świadectwa rodziny Józefa i Wiktorii oraz ich dzieci porusza ludzi tu i teraz.

 

5 września – Aż wstyd pisać… 

…po tak długim czasie! Urlop księdza, ha! Kto może pochwalić się czymś podobnym! No, może przesadzam, może jednak wiele osób, ale ja po prostu jestem ze swojego bardzo zadowolony. Udało mi się praktycznie cały sierpień (z drobnymi wyjątkami) spędzić poza Warszawą. Dodam na marginesie: uwielbiam spędzać czas poza Warszawą. W zasadzie to czekam, aż jakieś kompetentne służby określą przebywanie poza dużym miastem za jeden z niezbędnych warunków dbania o właściwą higienę psychiczną lub za sposób odpowiedniej troski o siebie samego. No, w każdym razie, świetnie było tu nie być.

A jeśli odpoczynek, to wiadomo, najlepiej jakiś pożyteczny dla ludzkości. Chociaż pewnie każdy odpoczynek jest w jakimś stopniu pożyteczny dla innych ludzi. Tak czy owak ja uwielbiam w wakacje pojechać na rekolekcje oazowe. Podoba mi się w nich w zasadzie wszystko: Beskidy jako miejsce przebywania, mieszkanie w wiosce w skromnych, szkolnych warunkach, miejscowi ludzie, a także ci przyjezdni – czyli uczestnicy rekolekcji, wspólne modlitwy i śpiewy chwalące Boga. Klimat wspólnoty i miłości agape. Poczucie bycia potrzebnym – wszak ktoś te sakramenty musi sprawować, a jeszcze nie doszliśmy do tego, że może to robić każdy (to chyba prowokacja z mojej strony). Spowiedzi, rozmowy, wspólne kawy i ciasteczka, i rozkminianie świata z młodzieżą. Również wiele innych, ale objętość bloga każe wypisać tylko to, co najważniejsze…
Myśli pobiegły w stronę młodzieży… Dlaczego ta jej część, ci przedstawiciele, których poznałem na oazie, budzą pozytywne odruchy i skojarzenia, a ci, do których już jutro pójdę na pierwszą lekcję w ramach katechizacji, budzą skrajnie przeciwne emocje? I dlaczego dzieje się tak – z tego, co słyszę – nie tylko u mnie? Chyba w ten sposób zrodził się pomysł na kolejny ;wpis, który już wkrótce… Będą to przemyślenia nauczyciela u progu nowego roku szkolnego, a więc coś bardziej w klimacie thriller/horror :)

 

22 sierpnia – Słodko-gorzko

Normalnie w niedzielne popołudnie, tak przed Mszą o 18.00, ląduję z książką albo ucinam sobie krótką drzemkę. A czasami jedno i drugie. Tym razem, zachęcony wakacjami a przynaglony tym, że obiecałem spotkanie koledze z dawnych lat, „z piaskownicy”, ruszyłem do warszawskich Łazienek. 

Ależ było pięknie! Ciepło. Kolorowo. Tłumnie. A ludzie też piękni, uśmiechnięci, relaksujący się. Tempo spacerowe sprzyjało rozmowom. Nieśpiesznie mijałem tłum czy też tłum sam się przesuwał. Łazienki pełne zieleni z biegającymi między drzewami wiewiórkami oraz ganiającymi je dziećmi to naprawdę przyjemny widok. I świetnie miejsce na taki dwugodzinny spacer. Lepsze to, niż siedzieć gdzieś znowu przy kawie. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tam byłem, chociaż dojazd zajął mi tylko 15 minut…

Wrażenie zrobiła też, jak zawsze, Warszawa. Schludna, czysta, zadbana, remontująca się. Takie fajne to miasto… z chodnikami, skwerami, ścieżkami… Czy czegoś jeszcze tu brakuje? Naprawdę robi to wrażenie. Wspominaliśmy z kolegą czasy „naszych” placów zabaw i boisk, ostatnie lata komuny w Polsce. Ależ się pozmieniało! Teraz wszystko wygląda tu jak z bajki!

Gdybym tu zakończył, byłoby tylko „słodko”. A jest „słodko-gorzko”. Gorzka jest nagość na ulicach. Te wszystkie tatuaże, kolczyki i bezwstydność. Gorzkie są wulgaryzmy, chyba niestety już powszechne. Gorzkie jest to, że Pan Bóg w tym „idealnym” świecie jest jakby niepotrzebny.

I tak potencjalnie piękny, relaksujący i niegroźny spacer pozostawia, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Ciekawe tylko, czy inni mają tak samo, czy też takich boomerów jak ja jest więcej?

 

21 lipca – Synodalnie o kazaniach

Tak naprawdę to będzie zupełnie niesynodalnie, ale jak na blog przystało bardzo osobiście. Skojarzenia z synodalnością przyszły podczas parafialnej Mszy sprawowanej gdzieś na Suwalszczyźnie. To znaczy, przypomniało mi się podczas tej Mszy, że wiele synodalnych uwag dotyczyło jakości kazań. Że za długie, że nieprzygotowane, że nudne. To akurat kazanie, którego wszyscy słuchaliśmy gdzieś w suwalskiej wiosce, było przygotowane – musiało być skoro było przeczytane. Długie też nie było – wiadomo – wakacje więc „nie ma co ludzi męczyć”. Czy było nudne? Bardziej chyba chodzi o styl – monotonnie czytane, zresztą przez starszawego księdza, tak sobie wyraźnie.

A jednak podczas którejś z rozmów „naszego” wyjazdu, a przebywałem na rzeczonej Suwalszczyźnie z grupą parafian i przyjaciół, jedna osoba podjęła wątek poruszony w kazaniu i okazało się, że był on początkiem ciekawej refleksji nad sobą samym. Dodajmy, co oczywiste, że na zewnątrz nie było tego zupełnie widać. W zasadzie, kiedy spojrzałem z mojego miejsca na ludzi w kościele odczułem mieszane uczucia. Większość faktycznie była jakby niezainteresowana. Wzrok albo wbity w podłogę albo biegający po całym kościele (a było po czym biegać, bo kościółek ładny był, drewniany, rzadkość dla mieszczuchów). Powiem więcej, kiedy mój wzrok padł na wspomnianą osobę, to wyraźnie napadły mnie myśli w stylu „ciekawe, co ten człowiek sobie teraz myśli… przyszedł na Mszę, a tu coś takiego…” i inne podobne.

Okazało się, jak często bywa, że te rozterki pochodziły wyłącznie z ograniczonych ludzką perspektywą obaw czy pomysłów. Pan Bóg „swoje” zrobił. A jeśli tak, to co ze wspomnianymi uwagami Synodu? W jakimś stopniu są pewnie zasadne. Ale do tanga trzeba dwojga – zapytajmy więc o to, jak słuchamy. Pomyślałem sobie również, że gdyby każdy głosił jak śp. ks. Pawlukiewicz lub o. Szustak, to nie byłoby ani jednego ani drugiego! A na koniec ucieszyłem się, że ja nie musiałem tego dnia nic mówić.

 

8 lipca –  My w podobnej sprawie...

Chyba jednak nie. A po zastanowieniu: z całą pewnością NIE.

Było tak: pierwsza sobota miesiąca, a więc odwiedziny chorych z Komunią Świętą. Mówiąc szczerze, pogoda nie zachęcała, lipcowy dzień, gorąco od samego siedzenia, a tu trzeba ruszyć w sutannie, komży z bursą i stułą... No ale cóż począć, trzeba iść. Czekam na jakąś letnią wersję sutanny :) Spacer po warszawskim osiedlu zajmuje około trzech godzin.

„Spacer” to oczywiście pewien skrót myślowy. Spotkania z chorymi to zawsze wyzwanie... Ktoś jest udręczony, ktoś smutny, ktoś bezradny... Widzę jednak, że najgorsza w tym wszystkim jest samotność... Ale o tym w następnym wpisie. Już idę do „podobnej sprawy”.

W drodze powrotnej do parafii zobaczyłem, że z naprzeciwka idą cztery bardzo elegancko ubrane osoby. Zainteresowały się mną. Było już widać kościół, więc odruchowo pomyślałem, że może z niego wracają, może państwo chcieli do kancelarii czy coś... ale zaraz, przecież nie było żadnego chrztu czy innej uroczystości. Kiedy się mijaliśmy, zobaczyłem, że są jakby lekko zmieszani... Jeden z panów (a było ich dwóch i dwie panie) powiedział: „W sumie chodzimy w podobnej sprawie” i jakoś tak się zaśmiał. Chyba.

Zorientowałem się, że to świadkowie. I jak to zazwyczaj bywa, najlepsze riposty przyszły mi do głowy, jak już się na dobre minęliśmy. Pomyślałem sobie bowiem, że my przecież chodziliśmy po osiedlu w całkowicie, totalnie, absolutnie odmiennych sprawach.

Ja wierzę w to, że w tej małej „torebce” zaniosłem „moim” chorym Syna Bożego. Państwo, zdaje się, nie podzielają wiary w Niego... Cieszyłem się tylko z tego, że nie było między nami żadnego nawracania się argumentami, bo tak się po prostu nie da... Zresztą, nawet gdyby zaczęli, z pewnością bym to zakończył. Bardzo się cieszyłem również z tego, że moi parafianie, ci wierzący i nie, mieli okazję widzieć tego dnia chodzącego po osiedlu księdza, a nie tylko tych, którzy chodzili w „podobnej sprawie”.

 

30 czerwca –  Modlitwa na wakacjach bardziej udana?

Czy będzie tak przez całe wakacje to nie wiem, a nawet, mówiąc szczerze, śmiem wątpić, ale na razie się udało. Wczoraj wróciłem z rekolekcji ignacjańskich. Niech mi ktoś powie, dlaczego w ciągu roku, wśród różnych spraw i codziennych obowiązków, 15 minut modlitwy w ciszy wydaje się nie raz nieosiągalnym szczytem, a tam w ciszy, bez Internetu i telefonu, bez rozmów, nawet jeśli godzinę człowiek posiedzi ze Słowem i już mógłby kończyć, aby przejść do następnego punktu programu, to jednak  czuje, że spokojnie mógłby jeszcze posiedzieć… że dobrze jest trwać przy Panu Jezusie… że w zasadzie to jest najlepsze miejsce w jakim mógłbym być… Tak właśnie było!

Nie wiem, czy szanowni czytelnicy mają takie doświadczenie, ale chcę je dzisiaj polecić Wam wszystkim. Za siebie mogę powiedzieć z całą pewnością: czas spędzony na rekolekcjach to najszczęśliwsze dni w moim życiu.

Życzę wszystkim, którzy tego potrzebują, aby odkryli to doświadczenie dla siebie. Tam czuć, jakby Pan Bóg siedział obok nas na ławeczce i szeptał do ucha swoje Słowa… Polecam! Zwłaszcza jeśli w codzienności zdarza nam się mierzyć z pytaniem „gdzie On jest?”.

 

15 czerwca – Rodzice?!    

Czerwiec, cieplutko, ładna pogoda, nie chce się siedzieć w szkole. Tym bardziej, że oceny już wystawione… Frekwencja w szkole też nienajlepsza. No więc, o ile się tylko da, idziemy na boisko. Tym bardziej, że w warszawskiej szkole religia jest zawsze albo pierwsza albo ostatnia – a zmuś dzieciaki, żeby pod koniec roku uczyły się siedząc w klasie… Nobla dla tego, któremu się to uda!

Ale ja nie o tym… Wróćmy na boisko. Tego dnia wyszło na dwór przynajmniej kilka klas. Jednocześnie. Tu starszaki na boisku, tu maluchy na placu zabaw a pomiędzy cała reszta – prawdziwa mieszanka. Słychać głosy, ale tak naprawdę nie wiadomo, kto co mówi. Harmider dochodzi zewsząd. Stoję przy boisku, spoglądam sobie na meczyk i nagle słyszę… „On mu **** w ****, ****, zobacz, *****, *****” Zamurowało mnie. Rozglądam się, ale przecież tu wszyscy w koło piszczą, śmieją się, wołają do siebie…

Czy to możliwe, że to oni? Podchodzę do grupki chłopców bawiącej się jakimiś patykami, liśćmi czy ślimakami. Pytam „Kto Was tak nauczył?”. Dzieci odpowiadają, pokazując na kolegę: „on!”. A z której jesteście klasy? „Z drugiej a”.

Mocno się zdziwiłem. A w zasadzie to naprawdę zszokowałem. To nie jest tak, że małe dzieci mówią „dupa” i zaczynają chichotać. Tu poszło na maksa. Chyba nawet niewielu dorosłych tak się wypowiada. Zmartwiło mnie to. Zapytałem więc w każdej klasie, którą uczę: „Jak myślicie, skąd w szkole biorą się wulgaryzmy?”. I, jak przystało na boomera, myślałem, że chórem padnie jedyna słuszna odpowiedź: „z internetu”, z tego źródła wszelkiego zła… Jakże się zdziwiłem, gdy w każdej klasie (uczę osiem klas) odpowiedź nr 1 to: „od rodziców”. Tu już zabrakło mi argumentów.

 

7 czerwca – Oni istnieją!

Nie jest łatwo ich spotkać. Tzn. na Mszy w kościele – tak, ale już gdzieś poza to naprawdę nie jest takie proste. No, ale przecież muszą gdzieś być, nie ma ich znowu tak mało, jak się słyszy… 

Chodzi oczywiście o księży. Chociaż sam jestem księdzem, to jednak zastanawiam się, dlaczego nigdzie nas nie widać. Tym bardziej, że od czasu do czasu można zobaczyć gdzieś na ulicy, na mieście siostrę zakonną. W ostatnim tygodniu widziałem je dwa razy: raz na peronie PKP na linii otwockiej, a drugi raz gdzieś na Pradze na przystanku autobusowym.

A jednak, ich też spotkałem! Akurat złożyło się tak, że musiałem podjechać do centrum w jakiejś sprawie. Wybrałem rower. Pogoda ładna i korki na mieście, więc to chyba najlepsze rozwiązanie. Przyznajmy od razu: nie jechałem w sutannie. Też na księdza nie wyglądałem… Ale dlaczego o tym piszę, dlaczego ten wpis?

Dlatego, że tego dnia, podczas krótkiej środowej przejażdżki tam i z powrotem, widziałem aż trzech księży. Ale żeby ich dostrzec, to trzeba wiedzieć, jak patrzeć :). Koszulę pod koloratkę rozpoznam wszędzie, sam mam ich wiele. Rozpoznam ją nawet wtedy, gdy koloratka jest zdjęta. Tak więc pierwszego księdza mijałem na placu Defilad, drugiego – niedaleko Łazienek i trzeciego – na Kruczej. 

Dlaczego jednak „na świecko”? Hmm… Zaczynam się cieszyć, że redaktor ustalił limit znaków… „nie zdążę” przyznać się do wstydliwych wniosków.

I to wszystko w czasie, w którym w „Idziemy” pojawia się artykuł o sutannie („Znak rozpoznawczy” nr 18/2023), a na idziemy.pl czytam artykuł „Pobicia księży”. Czy naprawdę jest aż tak źle?

 

30 maja – Pan czy ksiądz?

Siedzieliśmy obok siebie na radzie pedagogicznej. Sympatyczny, fajny nauczyciel pewnego przedmiotu, dobry kolega, zawsze Szczęść Boże powie, na pewno żaden tam z niego ateusz czy inny walczący z Kościołem.

W pewnym momencie odzywa się cicho: „chrzciłem ostatnio dziecko. Nie wiesz może, dlaczego ten ksiądz ciągle mnie poprawiał? Mówię do niego pan a on ciągle ksiądz. Ty, o co chodzi, przecież kobieta nie może być księdzem, więc chyba w słowie pan zawiera się też ksiądz?!”

Spoglądam na niego i widzę na twarzy szczere zdziwienie oraz oczekiwanie na moją odpowiedź. On nie widzi tego samego na mojej twarzy, ale tylko dlatego, że zdążyłem się zamaskować. W środku bowiem, odczuwam podobne zdziwienie i niepewność. Czy on żartuje – myślę sobie. On tak serio?

„Wiesz, on mógł pomyśleć, że nie doceniasz lub nie uznajesz jego kapłaństwa”. Chyba coś takiego odpowiedziałem, ale wcale nie byłem zadowolony z tej odpowiedzi. Chciałem żeby była delikatna, ale prawdziwa. Nie miałem pewności, że dotarło.

Byłem szczerze zdziwiony, że ktoś może być tak nieświadomy. Media robią swoje w obie strony. My księża jesteśmy jakby zaszczuci – zachowanie takie, jak to mojego kolegi, odbierzemy od razu jako atak na kapłaństwo i deklarację niewiary. Bez miejsca na nieświadomość. A osoba świecka pomyśli, no co, przecież to pan a nie pani, w tv też tak mówili, albo, że dziwny ten ksiądz, że może w mediach słusznie się czepiają…

Na koniec przyznam się, że delikatnie uśmiecham się wyobrażając sobie tę ich rozmowę. Musiało to ciekawie wyglądać. Zastanawiam się również, jak czuł się ksiądz, który „załatwiał” te chrzciny?

 

25 maja 2023 Rollercoaster

Nie, nie byłem w wesołym miasteczku, chociaż ostatnio sporo ich się w okolicy rozstawia. Słowem rollercoaster opisuję wrażenia ze spotkań z ludźmi. Dla księdza bowiem, są one często właśnie jak jazda taką kolejką górską – raz w górę, raz w dół, raz lewo, raz w prawo, ale za to, prawie zawsze, gwałtownie i szybko.

13.30: „nie wierzę w was, nie uznaję waszej instytucji” plus wymowna gestykulacja, grożenie palcem i zapowiedź „zajęcia się sprawą” oraz deklaracja o tym, że „już jednego nauczyciela usunęłam z tej szkoły” to rozmowa rodząca skrajne emocje z niekoniecznie miłej kategorii…

13.40: dziesięć minut później, „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”; pozdrowienie, uśmiech, wyraźne oczekiwanie na wejście w jakiś mały dialog, chęć podzielenia się swoim światem… a w pamięci, ciągle obecne, emocje z poprzedniego spotkania.

Raz w górę, raz w dół… impulsywnie…

Wiem, że każdy z nas może doświadczyć podobnych spotkań, często również jednego po drugim. Ale wiem również, że kiedy jesteś w jakimś sensie osobą publiczną, to cichy i spokojny powrót ze szkoły do domu nie jest taką oczywistą sprawą. Jako księdzu zdarza mi się to bardzo często, że jeden człowiek przychodzi w zasadzie zaraz po drugim i wsadza cię na kolejkę jadącą w drugą stronę.

To trudne, każdy przecież dąży do jakiejś stabilizacji. Również w kontaktach z innymi. Co zrobić, jeśli nie dość, że się nie da, to jeszcze czujemy się jak po rollercoasterze, na który wcale nie chcieliśmy wchodzić?

Chyba jedyne co pozostaje, to ucieszyć się z wrażeń… i zaoszczędzonych na wesołym miasteczku pieniędzy.

 

18 maja 2023 Wielkie rzeczy

Chyba trzeba zrobić vloga, to może tak, może ktoś obejrzy. Kto wchodzi na stronę naszej diecezjalnej gazety? I tak dalej, i tak dalej…. Te i inne wątpliwości, żeby jednak nie zaczynać. A ich cechą wspólną jest brak konkretu i niepewność. Całe szczęście, że już tyle razy się na sobie zawiodłem, że już wiem, co to oznacza. Miks lenistwa, zniechęcenia i strachu podany w formie imitującej rozważanie. Coś pięknego. Czyli zaczynamy pisać…

„Ksiądz ma bloga?!” – wykrzyknął, chyba z entuzjazmem, jeden z moich uczniów. Co prawda, jego zdziwienie nie dotyczy tego, co teraz czytacie, a dawnej relacji z rowerowej pielgrzymki do Włoch. Ale też było wymowne. I to jeszcze w czasach spod szyldu smartfona i YouTube’a. Właściwie, to zdziwiłem się, że młody człowiek (6 klasa) w ogóle wie, co to jest blog????.

A więc i to zdarzenie było jakimś argumentem na tak. Było ich więcej. Najbardziej jednak chciałbym pokazać, hmm… jak to nazwać, normalność życia osób duchownych, naszych przeżyć, zajęć, zmartwień i trosk. Nieustannie spotykam się bowiem z jakąś formą zdziwienia podczas różnych rozmów z ludźmi. A że ksiądz to? A że tamto? I to ksiądz może? Czasami straszno, a czasami śmieszno, co i jak ludzie o nas myślą… na pewno nie to, że my też ludźmi jesteśmy!

Chciałbym, żeby ten blog był takim małym okienkiem, przez które będzie można popatrzeć na fragmenty zwykłego życia normalnego człowieka i księdza. Zatem, zapraszam na następne odcinki blogu Księdza z Warszawskiego Blokowiska.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 23 maja

Czwartek, VII Tydzień zwykły
Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Chrystus, chociaż był Synem,
nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): J 19, 25-34
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
+ Nowenna do św. Urszuli Ledóchowskiej 20-28 maja



Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter