20 listopada
wtorek
Anatola, Sedzimira, Rafala
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

O księdzu, który szukał Miłości

Ocena: 4.7
641

– Był sobą zarówno w kontaktach z klerykami, profesorami, jak i z biskupem. Miał też ogromne poczucie humoru – mówi o ks. Januszu Pasierbie bp Wiesław Mering.

fot. ks. Henryk Zieliński/Idziemy

Z biskupem włocławskim Wiesławem Alojzym Meringiem rozmawia ks. Henryk Zieliński

Skąd się wzięła znajomość Księdza Biskupa z ks. Januszem Pasierbem?

Byłem na pierwszym roku w seminarium duchownym w Pelplinie, kiedy ks. Janusz Pasierb wrócił ze studiów na Zachodzie, w Rzymie i we Fryburgu, w Szwajcarii. Był to styczeń 1963 r. Zachód był wtedy dla Polaków, a szczególnie dla kleryków zamkniętych w murach seminaryjnych, przedmiotem marzeń. Jak kosmos. Kiedy usłyszeliśmy, że przyjeżdża do nas młody profesor po studiach na Zachodzie, była sensacja. Pamiętam, jak staliśmy w oknach seminarium, kiedy na dziedziniec podjechał renault i wysiadł z niego ks. Janusz. Wkrótce, od drugiego semestru, został naszym wykładowcą – zupełnie innym niż wszyscy nasi profesorowie.

Na czym ta inność polegała?

Przede wszystkim imponowała nam jego erudycja. Był niezwykle oczytany, zorientowany w świecie kultury i sztuki. Od niego po raz pierwszy usłyszałem takie nazwiska jak Gustaw Herling Grudziński, Witold Gombrowicz i cały szereg najsławniejszych autorów. Do tego posługiwał się piękną polszczyzną. Szczególnie kiedy na VI roku zaczął nas uczyć homiletyki, przekonaliśmy się, jak doskonale jest do tego przygotowany.

Był inny również w tym sensie, że był szalenie naturalny. Był sobą zarówno w kontaktach z klerykami, profesorami, jak i z biskupem. Albo się go takim akceptowało, albo odrzucało. Miał też ogromne poczucie humoru, o czym rzadko się dzisiaj mówi. Był niesamowity w opowiadaniu dowcipów. Wiele z nich pamiętam. To były inne czasy, kiedy ludzie bawili się słowami, bo nie było jeszcze tego wszystkiego, co dzisiaj kradnie czas i ciszę. Opowieści ks. Janusza wrosły w klimat Pelplina.

U ks. Pasierba zaskakuje umiejętność nie tylko dostrzegania rzeczy, ale i nazywania ich po imieniu…

On był w tym mistrzem. Do tego miał bardzo cięty język i potrafił poskromić tych, którzy chcieli z niego zakpić. Jego osobowość wzbudzała szacunek również u przełożonych. Chętnie przyjmował nas, kleryków, u siebie w domu, gdzie pomagaliśmy mu w korekcie tekstów i w innych pracach. Zawsze przy tej okazji częstował nas herbatą i była to okazja do błyskotliwych rozmów. Była w nim tak twórcza inteligencja, że nawet po pięćdziesięciu latach trudno mi go z kimkolwiek porównać. Może dlatego przez swoje środowisko nie zawsze był akceptowany. On po prostu był większy.

 

Czytaj dalej w e-wydaniu lub wydaniu papierowym
Idziemy nr 44 (682), 4 listopada 2018 r.
Artykuł w całości ukaże się na stronie po 24 listopada 2018 r.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy"
henryk.zielinski@idziemy.com.pl

 

Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -