23 maja
czwartek
Iwony, Dezyderego, Kryspina
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Brońmy złotego

Ocena: 0
515

W ostatnich miesiącach mamy do czynienia z próbą zamachu na NBP. To nic innego niż usiłowanie wprowadzenia euro od kuchni.

fot. xhz

Rodzimy pieniądz to niesłychanie istotny instrument polityki gospodarczej. Bez niego gospodarcza przyszłość Polski stanie pod wielkim znakiem zapytania. Zarzuty stawiane prezesowi NBP prof. Adamowi Glapińskiemu nie mają podstaw. Szczególnie zdumiewający jest ten, że nabywał obligacje rządowe. Ustawę zezwalającą na tego typu operacje uchwalił bowiem w 2014 r. rząd… Donalda Tuska.

 


HIPERINFLACJA

Pierwsze lata po I wojnie światowej to czasy naszych wielkich sukcesów wojskowych i politycznych. Gorzej miały się sprawy w sferze gospodarczej. Mimo zakończenia działań wojennych i spadku związanych z tym wydatków rząd w latach 1922–1923 nie był w stanie zrównoważyć budżetu i deficyt pokrywano emisją gotówki. Stąd wystąpił szybki wzrost cen, który w drugiej połowie 1923 r. przerodził się w hiperinflację. To zaś prowadziło do spadku realnych zarobków.

W listopadzie tamtego roku w Krakowie doszło do strajku powszechnego i krwawych zamieszek. Sejm postanowił wówczas utworzyć bezpartyjny rząd technokratów. Jego premierem został Władysław Grabski, zasłużony ekonomista. Dzięki jego działaniom hiperinflacja została błyskawicznie przezwyciężona. Niezbędnym elementem reform było utworzenie niezależnego od rządu banku centralnego i wprowadzenie do obiegu złotego w miejsce marki polskiej [więcej o tym na s. 50 – red.].

 


KŁOPOTY GRABSKIEGO

Fakt, że bank utworzono dopiero pięć lat po odzyskaniu niepodległości (inne państwa, które powstały w wyniku I wojny światowej, uczyniły do dużo szybciej), świadczy o słabej wiedzy ekonomicznej ówczesnych elit. Niestety, to zjawisko występowało w całym okresie międzywojennym i ma miejsce także dziś.

Wprowadzając złotego, Grabski ustanowił jego kurs wymienny na poziomie 1:1 z frankiem w złocie. Był to kurs zawyżony i szybko spowodował pojawienie się poważnych deficytów w obrotach międzynarodowych, czyli utratę dewiz. Co gorsze, Grabski niezbyt energicznie ściągał podatki i ponownie pojawił się deficyt budżetowy. Po niespełna dwu latach odrodziła się inflacja. Trzeba było dokonać dewaluacji złotego, bo prezes Banku Polskiego nie wyraził zgody na dokonywanie dalszych interwencji na rynkach walutowych. Rząd Grabskiego upadł.

W latach 20. ubiegłego wieku sądzono, że sztywny (niezmienny) kurs walutowy stanowi podstawę siły gospodarczej państwa, tymczasem jest dokładnie odwrotnie, kurs wymienny odzwierciedla konkurencyjność i atrakcyjność danej ekonomii. Niestety, błędny osąd panował przez cały okres międzywojenny i pokutuje także obecnie. Mocny złoty to „kotwica” gospodarki, jak to głosił prof. Leszek Balcerowicz. Ta idea walnie przyczyniła się do ogromnego spadku PKB w ramach terapii wstrząsowej. Tymczasem jeśli w ekonomii jest jakiś pewnik, to jest nim to, że mamy do czynienia z nieustannymi zmianami. Rodzą się nowe technologie, zmienia się konkurencyjność danej branży i całej gospodarki. Im więcej „kotwic”, tym mniej elastyczny system gospodarczy i tym trudniej przezwyciężać kryzysy.

 


CENA KOTWICY WALUTOWEJ

Ustanowiony w 1924 r. parytet złotego na równi z frankiem szwajcarskim, czyli na poziomie 5,18 zł do 1 dolara, nie utrzymał się, bo gospodarka ówczesnej Polski odbiegała poziomem od helweckiej. Po przewrocie majowym ustanowiono kurs złotego na poziomie 8,91 do 1 dolara. Dzięki zaciągniętej w 1927 r. pożyczce w wysokości 62 mln dolarów i 2 mln funtów kurs złotego został ustabilizowany. Niezmienny kurs złotego podniesiono do roli symbolu potęgi gospodarki i rządy sanacyjne robiły wszystko, żeby go utrzymać. Tymczasem po krachu na giełdzie w 1929 r. kolejne państwa dewaluowały swoje waluty. W 1933 r. rząd USA podniósł cenę uncji złota z 20,67 do 35 dolarów, czyli o ponad 69 proc. (co było równoznaczne z dewaluacją amerykańskiego pieniądza w stosunku do innych walut o prawie 41 proc.!). Tym samym nowy kurs wymienny złotego wyniósł tylko około 5,3 do 1 dolara, czyli praktycznie powrócił do stanu z 1924 r.

Dla wielu oznaczało to ogromny sukces, ale fakt ten miał ogromne ujemne skutki dla polskiej gospodarki. Przed dewaluacją amerykańskiego pieniądza za każdy dolar uzyskany z wywozu polski eksporter otrzymywał prawie 9 zł, a po 1933 r. niewiele ponad 5 zł. Wywóz z Polski stał się nieopłacalny. Jedynym ratunkiem była obniżka cen towarów wywożonych z Polski, co można było uzyskać jedynie dzięki zmniejszeniu kosztów, przede wszystkim płac (deflacja). Taki obrót spraw miał w rzeczy samej miejsce, pomiędzy 1928 a 1934 r. średnie ceny hurtowe spadły o około 45 proc. Na ogół cieszymy się, gdy ceny spadają, ale zapominamy, że poważny spadek cen jest możliwy tylko wówczas, gdy gwałtownie obniżają się płace, a to ostatnie zjawisko jest możliwe jedynie w warunkach wysokiego poziomu bezrobocia. Właśnie taka sytuacja miała miejsce w naszym kraju w latach 30. ubiegłego wieku. Nędza była powszechna – taki był ekonomiczny i społeczny koszt mocnego złotego! W Niemczech również nie dokonano dewaluacji i masowe bezrobocie i bieda utorowały Adolfowi Hitlerowi drogę do władzy.

Przypominanie historycznych wydarzeń jest konieczne, bo część ekonomistów głosi postulat, żeby przyjąć euro. Byłoby to niczym innym niż powrotem do międzywojennej polityki gospodarczej – silnej waluty. Bo euro jest zaiste „mocniejsze” od złotego, jego amplituda wahań (np. w stosunku do dolara) jest dużo mniejsza niż złotego. Niemniej cena, jaką polskie społeczeństwo zapłaci za ten luksus, będzie bardzo wysoka. Przyjęcie euro można porównać do zamiany samochodu z niezależnym zawieszeniem każdego koła na wóz drabiniasty, który żadnych resorów nie ma.

 


ZŁOTY JAKO AMORTYZATOR

Nadzwyczaj dobitnym przykładem tego, jak własny pieniądz amortyzuje ujemne wstrząsy gospodarcze, był rozwój sytuacji po krachu banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. Jak podaje NBP, przed tym wydarzeniem, w lipcu, średni kurs wymienny USD i euro wynosił odpowiednio 2,05 i 3,2 PLN, natomiast w lutym następnego roku – już 3,63 i 4,64 PLN. Mówiąc inaczej, w ciągu siedmiu miesięcy złoty stracił 43 proc. wartości w stosunku do dolara i 30 proc. w stosunku do euro. Z punktu widzenia zwolennika teorii mocnego pieniądza była to prawdziwa katastrofa.

Przypatrzmy się jednak tej sprawie z punktu widzenia szefa wielkiej korporacji międzynarodowej, która, dajmy na to, ma zakład produkcyjny w Polsce. Załóżmy, że w 2008 r. przeciętna płaca w nim wynosiła 3 tys. zł. Na skutek deprecjacji złotego w ciągu siedmiu miesięcy koszt pracy polskiego pracownika spadł z ok. 1463 do 826 dolarów, w przypadku euro zaś – z ok. 920 do 646 (a pracownik nadal dostawał 3 tys. zł). W mgnieniu oka polski zakład przemysłowy stał się bardzo konkurencyjny w stosunku do fabryk w USA i strefie euro, bo tam koszty robocizny pozostały te same (spadły dopiero, gdy pojawiło się duże bezrobocie). Stąd z punktu widzenia zarządu obcej firmy utrzymanie produkcji w Polsce stało się bardzo atrakcyjne i dzięki temu obyło się bez masowego zwalniania pracowników. Natomiast gdyby Polska była wówczas w strefie euro, aby nasze zakłady były nadal konkurencyjne, musiałoby dojść do ogromnego spadku płac. Kto rozsądny zamieni stosunkowo stabilne zatrudnienie i dochody, połączone z ryzykiem wyższych kosztów wakacji za granicą, na odwrotną sytuację: perspektywę utraty pracy albo gwałtownego spadku dochodów, ale za to niezmiennego kosztu wakacji w obcym kraju? Bo takie są następstwa zamiany złotego na euro.

To właśnie m.in. dzięki „miękkiemu” złotemu w ostatnich dekadach dogoniliśmy wyżej rozwinięte kraje UE. W to stulecie wchodziliśmy z realnym PKB na mieszkańca (według parytetu siły nabywczej), wynoszącym mniej niż połowa unijnego, obecnie zaś ten wskaźnik sięga niemal 80 proc. Dziś w Polsce realny PKB na mieszkańca jest wyższy niż w Grecji i Portugalii, dogonienie zaś Hiszpanii (85,6 proc. średniej UE) jest na wyciągnięcie ręki. Natomiast przyjęcie euro pozbawi nas amortyzatora, jakim jest spadek wartości naszego pieniądza w stosunku do obcych walut. Zatem w naszym najgłębszym interesie narodowym jest utrzymanie złotego. Oby towarzyszył nam przez kolejne sto lat!

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 24 maja

Piątek, VII Tydzień wielkanocny
Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Wspomożycielki Wiernych
Słowo Twoje, Panie, jest prawdą,
uświęć nas w prawdzie.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): Mk 10, 1-12
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

+ Nowenna do św. Urszuli Ledóchowskiej 20-28 maja



Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter