18 czerwca
poniedziałek
Marka, Elzbiety
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Dzieci biorą się z cudu

Ocena: 2.7
1086

Im bardziej lekarze proponowali im in vitro, tym bardziej odmawiali. Nie można z Ewangelii wybierać sobie tego, co pasuje, a odrzucać to, co nie pasuje. A św. Józefowi postawili ultimatum.

fot. arch. rodziny Trzęsickich

Od ślubu mijały dwa lata. Było im dobrze: mieli świetne prace, którym poświęcali dużo czasu, podróżowali, spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Mieli wszystko, co potrzebne do szczęścia – tylko ani jednego z tych trojga dzieci, które sobie wymarzyli.

 

To mam być tym ojcem?

Lekarze ostrzegali Anię, że z poczęciem może nie być łatwo. W końcu jeden z nich wysłał młode małżeństwo do kliniki niepłodności. – Nieświadomi pierwsze kroki skierowaliśmy do kliniki Novum, wówczas najpopularniejszej – mówi Anna Trzęsicka. – A tam: badania co drugi dzień, diagnozowanie, farmakologia. Działaliśmy z Andrzejem jak automaty. I już po pierwszej nieudanej próbie poczęcia propozycja: sztuczna inseminacja. Nie zgodziliśmy się. Kiedy w kolejnym cyklu do zapłodnienia nadal nie dochodziło, lekarze zaczęli naciskać na in vitro. Na moją odmowę usłyszałam od lekarza: „To chce pani to dziecko czy nie?”.

– Lekarze dawali do zrozumienia, że albo działamy według ich planu, albo kończymy współpracę – dodaje Andrzej Trzęsicki. – Prawdopodobnie nie rokowaliśmy, więc nie chcieli na nas tracić czasu. Mieliśmy poczucie, jakbyśmy psuli im statystyki. Co chwila zmieniali się nam lekarze, ale każdy z nich dawał tylko jedno rozwiązanie: in vitro, na które nie mogliśmy się zgodzić z powodów światopoglądowych.

Ania była tym już zmęczona, choć trwało to zaledwie trzy miesiące. Na ostatnią wizytę szła i płakała, modląc się słowami Psalmu: „Pan jest światłem i zbawieniem moim, kogo mam się lękać, Pan obroną jest mojego życia, przed kim mam czuć trwogę”. Modliła się o siły do podjęcia decyzji: czy leczenie w Novum kontynuować, czy rzucić. Kiedy oznajmili lekarzom, że się wycofują, usłyszeli: „To państwa decyzja, jak państwo chcą”.

Byli już trzy lata po ślubie. Andrzej pamięta, jak w pewnym momencie zastygł nad pralką w łazience i powiedział: „No, Panie Boże, albo mam być ojcem, albo nie. Wiem, że się bałem, czy sprostam, ale teraz już jestem gotowy. Pomóż mi zrozumieć Twój plan na mnie”.

Na wiosnę poznali ks. Bogusława, który przyjechał do Warszawy z Kalisza. Przyszedł do nich po kolędzie. Długo rozmawiali, a że złapali dobry kontakt, zaprosili go na obiad. Wtedy zaczął podpytywać, czy myślą o powiększeniu rodziny, i tama pękła. Zaczęli opowiadać o swoich staraniach, o porażce z kliniką Novum, o przerwaniu leczenia, bo Ania musiała ochłonąć. Usłyszeli: „Czym wy się martwicie? Przecież św. Józef to załatwi. Jesteście w parafii św. Józefa, więc tym bliżej wam do niego. Ja latem idę z pielgrzymką, to się za was pomodlę, o modlitwę poproszę też znajome siostry. W sierpniu wszystko będzie wiadomo”.

„Ale jak to w sierpniu? Ksiądz stawia św. Józefowi takie ultimatum? Dlaczego akurat sierpień?” – pytali. „A na co tu czekać? – odpowiadał ks. Bogusław. – Ze św. Józefem zresztą trzeba konkretnie. Wiem coś o tym, bo jak przyjechałem do Warszawy i nie miałem gdzie mieszkać, to poprosiłem go o jakieś lokum, i znalazł mi mieszkanie na Kole”.

Ania i Andrzej zapomnieli o tym. Albo raczej zepchnęli do nieświadomości, bo kiedy w 2007 r. planowali przyszłoroczne wakacje, któreś z nich rzuciło: „Musimy to zrobić inaczej, bo wtedy już będzie mały”.

 

Małżeńskie ankiety

Pod koniec lipca Ania zrobiła test ciążowy. Była przygotowana na jedną kreskę, ale druga jakby obok majaczyła niewyraźnie. Pobiegła do Andrzeja: „Ile kresek widzisz?”. Nie wiedział, co powiedzieć, bo nie wiedział, co oznacza jedna, a co dwie kreski. Ania zrobiła badanie krwi. Była w ciąży. Spojrzała na kalendarz. To był 1 sierpnia.

– Można powiedzieć, że wyluzowaliśmy się po przykrych przejściach z kliniką Novum. Że były wakacje, byliśmy wypoczęci, zrelaksowani – mówi Ania. – I to na pewno też miało wpływ. Jednocześnie wiem, że przez te parę miesięcy trwał zmasowany szturm nieba: modliliśmy się my, a gdy nie mieliśmy sił, modlili się za nas bracia ze wspólnoty neokatechumenalnej, modlił się ks. Bogusław i siostry, modliła się nasza rodzina. Święty Józef nie mógł nie zareagować!

Ciąża przebiegała wyśmienicie. Jedno z ostatnich badań wykazało jednak, że w trakcie porodu najprawdopodobniej dojdzie do krwotoku. – Zbiegli się lekarze, studenci – myślałem, że tak ma być, że to rutyna – mówi Andrzej. – Zbiegli się, a tu… nic. Żadnego krwotoku. Podejrzewam, że św. Józef zaopiekował się Michałem do końca. Nie mamy wątpliwości: Michaś jest z cudu.

Ochrzcił go oczywiście ks. Bogusław. Misiek miał wtedy pół roczku. Przez całą liturgię chrztu wyrywał się do mszału, z którego ksiądz odczytywał formuły. Potem duchowny dał mu Pismo Święte z dedykacją „To jest jedyna księga, którą możesz zjeść w całości”. Niedługo po chrzcinach pojechali do Kalisza dać świadectwo. Myśleli, że to będzie zwykła Msza. A tu tłumy ludzi, telewizja, radio, biskupi. Ania bujała Michasia na rękach, a Andrzej opowiadał.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły