25 czerwca
wtorek
Lucji, Wilhelma, Doroty
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Nie chodzi o święty spokój

Ocena: 0
271

Dzieci jak to dzieci: w kościele wiercą się, hałasują, rozpraszają. Czy uczestnictwo we Mszy Świętej całą rodziną to dobry pomysł?

fot. Magdalena Prokop-Duchnowska

Już samo wyjście do kościoła z dziećmi bywa wyzwaniem. Wózek, chusteczki, pieluchy, ubranko na zmianę… Ekwipunek tym pokaźniejszy, im większa liczba pociech. Ale nawet najlepsze przygotowanie nie gwarantuje braku niespodzianek ani tym bardziej przeżytej w skupieniu Mszy.

Niesforne zachowanie pociech nie tylko dekoncentruje, ale i stresuje. Najbardziej wtedy, gdy ściąga na rodziców znaczące spojrzenia współuczestników liturgii. Zdarza się i publiczne upomnienie od sprawującego Mszę księdza… Bywa, że potraktowana w ten sposób rodzina opuszcza progi danego kościoła raz na zawsze.

 


CENA WIARY

– W pewnym momencie nasza czwórka tak dawała do wiwatu, że kilka razy musieliśmy wyjść z kościoła zaraz po znaku krzyża – opowiada Karolina Guzik z Nowego Sącza. – Ratowało nas chodzenie na Mszę w trybie zmianowym: najpierw szłam ja, a mąż zostawał z dziećmi, a potem na odwrót. Teraz, gdy najstarsi synowie mają pięć i sześć lat, staramy się chodzić do kościoła w pełnym składzie. Oczywiście, że wygodniej byłoby zostawić dzieci w domu. Każda taka wspólna wyprawa kosztuje wszystkich sporo nerwów.

Najtrudniejsza jest dla nich niepewność, czym tym razem zaskoczą dzieci. Z brakiem skupienia już dawno się pogodzili. Podobnie jak z tym, że często nie zdołają usłyszeć nawet jednego zdania z czytania czy homilii. – Na szczęście nasze praktykowanie wiary nie sprowadza się do niedzielnej Mszy – mówi Karolina. – Staramy się regularnie wyrywać czas na osobistą modlitwę, adorację, uczestnictwo w pojedynkę w organizowanym w parafii wieczorze uwielbienia, nabożeństwie czy Mszy w tygodniu. Jestem przekonana, że Bóg widzi wszystko: zarówno naszą rodzicielską frustrację, jak i starania, poświęcenie. Nieraz doświadczyliśmy, że kiedy jest to potrzebne, udziela nam niezbędnych łask.

Młoda mama już teraz widzi, że ten trud procentuje. Nie chodzi tylko o zaszczepianie w dzieciach wytrwałości i tradycji wspólnego świętowania. Dla Karoliny największą nagrodą jest to, że jej dzieci traktują wiarę jak chleb powszedni, że nie mają z nią do czynienia wyłącznie od wielkiego dzwonu. – Kiedy się z czegoś cieszą, dziękują Bogu. Kiedy ktoś zachoruje, proszą o łaskę zdrowia. W razie nocnych koszmarów modlą się do anioła stróża. Widać, że w ich życiu Jezus odgrywa bardzo ważną rolę. Prawdę mówiąc – śmieje się Karolina – jest numerem jeden w czołówce superbohaterów.

Wszystko to powoduje, że rodzice mają poczucie, iż wyposażają swoich synów w solidny fundament.

 


SIŁA PRZYKŁADU

Paulina Dębiec z Sulejówka z sentymentem wspomina niedzielne wyprawy na Msze ze swoimi rodzicami. – Pół godziny piaszczystą drogą, piechotą, z wózkiem i pięciorgiem małych dzieci. Dopiero kiedy sama zostałam mamą, dotarło do mnie, jakie to było wyzwanie – kręci głową z podziwem. Latem jeszcze większe, bo w parafii św. Wawrzyńca w Głuchołazach, do której wówczas należeli, podczas wakacji Eucharystię odprawiano w kościele św. Anny na Górze Chrobrego, na którą z całą tą gromadką dzieci trzeba było się wdrapać.

Zaszczepiony w rodzinie Pauliny zwyczaj sprawił, że dziś ona sama nie wyobraża sobie niedzielnej Mszy Świętej bez swoich czterech synów. Zależało jej, by od małego wiedzieli, że kościół to ich dom, a Bóg to najlepszy Ojciec. Jednak ziarno zasiane przez rodziców nie miałoby szans wykiełkować, gdyby kilkanaście lat później sama nie doświadczyła osobistego spotkania z Bogiem. Na skutek tego wydarzenia w wieku trzynastu lat zrodziło się w niej pragnienie częstego przystępowania do Komunii Świętej. – Odtąd przez kilka lat z rzędu prawie każdego dnia uczestniczyłam we Mszy – mówi. – Po pewnym czasie dołączył do mnie tata, potem moja przyjaciółka, aż w końcu Krzysiek, który dzisiaj jest moim mężem. Od początku postawiliśmy na Boga, wiedząc, że bez Niego nie uda się nam zbudować silnej rodziny.

Niedzielna Msza to nie jedyna aktywność duchowa, w której rodzinnie uczestniczą. W Wielkim Poście chodzą na drogę krzyżową, a w Adwencie na roraty. – „Nie zabraniajcie dzieciom przychodzić do Mnie”, mówił Jezus. Czy moglibyśmy dać naszym synom coś lepszego? – zastanawia się Paulina. – Jasne, że czasem się nudzą, kręcą i działają nam na nerwy. W pewnym momencie chcieliśmy sobie dać spokój. Dla – jak się nam wtedy wydawało – większego pożytku całej rodziny. Aby nie odpuszczać, przekonał nas zaprzyjaźniony marianin, który przypomniał nam, że podczas Mszy na dusze spływa taka ilość łask, że szkoda byłoby pozbawiać własne dzieci takiego dobra.

Idąc z dziećmi do kościoła, trzeba uzbroić się w pokłady cierpliwości, zgodzić się na nieprzewidywalność i zrezygnować z własnego planu na przeżycie Mszy Świętej. To są koszty, które Paulina z Krzysztofem starają się ofiarować w Eucharystii, wierząc, że Bóg wyprowadzi z nich dobro. Przy okazji uczą się pokory i trwania mimo przeciwności. Ale też stanięcia przed Bogiem w prawdzie – ze swoimi słabościami, frustracjami i zniecierpliwieniem.

– Kilka lat temu – wspomina Paulina – poznaliśmy ks. Jana Srokę, dzięki któremu wszyscy nasi synowie zaczęli służyć do Mszy w wieku przedszkolnym. Tak zafascynował ich kapłaństwem, że przez długi czas regularnie „odprawiali” w domu własne „Msze”, głosząc przy tym płomienne kazania!

 


DZIECI MILE WIDZIANE

– Wzrusza mnie widok rodzin, które w każdą niedzielę stawiają się na Mszy w pełnym składzie – wyznaje Karolina Guzik. – Gołym okiem widać, jak ich dzieci z tygodnia na tydzień coraz lepiej rozumieją panujące w kościele zasady.

Żeby jeszcze bardziej oswajać synów z kościołem, Karolina zabiera ich od czasu do czasu na adorację lub na krótszą i mniej obleganą Mszę w ciągu tygodnia. W parafii Najświętszego Serca Jezusa w Nowym Sączu, której są częścią, kapłani do rodzin z dziećmi podchodzą z empatią. Publicznie zwrócili uwagę dwa razy: raz, gdy jedno z dzieci wyrywało kwiatki sprzed ołtarza, i drugi raz, gdy inne krzykiem zagłuszało kazanie. – W obu przypadkach chodziło o postawienie granicy w sytuacji, gdy rodzice nie reagowali, udając, że nie widzą, co się dzieje – zauważa Karolina. Sama wychodzi z założenia, że wspólnota parafian powinna się wzajemnie szanować, dlatego gdy zauważa, że zachowanie jej dzieci może przeszkadzać innym, wychodzi z nimi na zewnątrz. W kościele jest też salka, w której można dziecko przewinąć lub nakarmić, kontynuując uczestnictwo we Mszy za pośrednictwem telebimu.

„Dzieci na spotkaniach z Panem Jezusem to «przeszkadzajki» – mówił o. Remigiusz Recław SJ w jednym ze swoich kazań. – Ale święty spokój to nie ma być nasz ulubiony święty”. Skąd wiadomo, czy cierpliwe znoszenie niefrasobliwego zachowania dziecka nie zbliży nas do nieba bardziej niż homilia, której przez owo zachowanie nie będziemy w stanie usłyszeć?

Zwracam się tu w szczególny sposób do rodziców, aby podtrzymywali i pielęgnowali piękny chrześcijański zwyczaj uczestniczenia we Mszy Świętej wspólnie ze swoimi dziećmi. Niech żywe będzie w sercach dzieci i młodzieży poczucie tego obowiązku. Niech łaska miłości, która otrzymujemy, przyjmując Chleb Eucharystyczny, umacnia więzi rodzinne. Niech stanie się źródłem apostolskiego dynamizmu rodziny chrześcijańskiej.

Jan Paweł II w czasie liturgii Słowa przed katedrą warszawsko-praską, 13 czerwca 1999 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarka tygodnika „Idziemy”, fotografka, absolwentka dziennikarstwa w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. M. Wańkowicza


magda.prokop@idziemy.com.pl

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 24 czerwca

Poniedziałek, XII Tydzień zwykły
Uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela
Jan przyszedł świadczyć o światłości,
aby przygotować Panu lud doskonały.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): Łk 1, 5-17
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najwyżej oceniane artykuły

Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter