24 lutego
sobota
Macieja, Bogusza, Sergiusza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Łódzkie Łagiewniki

Ocena: 0
10410
Nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że są starsze niż krakowskie. Od trzystu lat sanktuarium przyciąga sławą opieki św. Antoniego w tajemniczym obrazie i niezmiennie bije tu cudowne źródełko.
Krystyna i Bogusław Solscy, małżeństwo rzeźbiarzy, przeprowadziło się do łódzkich Łagiewnik ponad 20 lat temu. Ich dom leży kilkadziesiąt metrów od franciszkańskiego klasztoru, podobnie jak całe osiedle.

– Na początku nie było tu nic, ani prądu, ani wody. Siłą rzeczy korzystaliśmy z serdeczności franciszkanów – opowiada Krystyna Fałdyga-Solska. Później zaczęło się poznawanie tego miejsca, ludzi, zwyczajów i duchowości. – Na początku wiarę traktowaliśmy jako sprawę bardzo indywidualną. Tutaj to się zmieniło – podkreśla Bogusław Solski.


INTERWENCJA Z GÓRY

Franciszkanie sprowadzili się do Łagiewnik w drugiej połowie XVII w. Ich historia miała się zacząć od pomoru bydła, który w 1675 r. przetrzebił miejscowe stada. Jeden z krewnych Samuela Żeleskiego, właściciela całej okolicy, zachęcił zaniepokojonego dziedzica, żeby ten poprosił o pomoc św. Antoniego. Interwencja z góry musiała być skuteczna, bo rok później na wzgórzu Wyglądnica stanęła drewniana kapliczka. Żeleski chyba nie kwapił się zbytnio do jej ufundowania, bo inne podanie głosi, iż musiał w tej kwestii interweniować sam patron. Dziedzic bowiem zamiast kapliczki stawiał właśnie młyn. Święty Antoni objawił się zatem cieśli i zdopingował go do wypełnienia danego przez Żeleskiego słowa.

Czy rzeczywiście tak było? Pewne jest, że pierwszym franciszkaninem, który zamieszkał w Łagiewnikach, był o. Konstanty Plichta, sprowadzony przez Żeleskiego z Piotrkowa Trybunalskiego. – Ojciec Konstanty był spokrewniony z tutejszą rodziną. To z pewnością ułatwiło mu zdobycie funduszy nie tylko na utrzymanie, ale też rozwój kaplicy – mówi o. Jerzy Łopat, obecny bibliotekarz łagiewnickiego klasztoru.

Główną rolę w rozkwicie tego miejsca odegrał jednak św. Antoni Padewski. Już bowiem w 1681 r. nuncjusz papieski ogłosił Łagiewniki sanktuarium, a polskiej prowincji franciszkanów przyznał ofiarowane przez Żeleskiego grunty. Na takie dictum odpowiedź mogła być tylko jedna: budujemy kościół i klasztor. A że budulcem było drewno, całość powstała w ciągu dwóch lat.

Na tym jednak nie koniec. Obraz św. Antoniego, który przyciągał początkowo jedynie okolicznych wiernych, stał się słynny na całą Rzeczpospolitą, a pielgrzymki do niego ciągnęły ze Śląska, Pomorza, Czech i Moraw. Drewniany kościół stał się za mały i po dwóch dekadach powstał murowany.

Krystyna i Bogusław Solscy

Miłośnicy architektury drewnianej nie powinni jednak na te zmiany narzekać. Pierwotna kapliczka została bowiem przeniesiona kilkaset metrów od klasztoru, nad staw, i stoi tam do dzisiaj. Drewno z późniejszego kościoła zostało zaś wykorzystane do zbudowania w okolicy innych kapliczek. – Jedną z nich była kaplica św. Rocha. To święty trochę dzisiaj zapomniany, ale w tamtych czasach był ważnym patronem, odpowiedzialnym za leczenie chorób – opowiada o. Łopat. Były też kapliczki św. Sebastiana i św. Walentego. Do św. Antoniego ludzie przychodzili prosić o wsparcie. – Z zapisków wynika, że byli szczególnie gorliwi, gdy przez okolice przechodziły epidemie – mówi klasztorny bibliotekarz.


EPIZODY POWSTAŃCZE

Ważnym etapem w życiu Łagiewnik było powstanie styczniowe. Wtedy pomieszczenia klasztorne zamieniły się w szpitalik dla powstańców, a ogród – w miejsce pochówku części z nich. Zresztą niektórzy franciszkanie czynnie brali udział w walkach: o. Józef Sawicki został przez Rosjan zgładzony, a o. Leon Godlewski, gwardian – zesłany na Syberię. W efekcie klasztor uległ kasacie.

Ślady historii, nieco nowszej, widać nawet na murach kościoła, w czasie I wojny światowej ostro ostrzeliwanego i chyba tylko cudem uratowanego. – Podczas jednej z kanonad zakonnicy kryli się, gdzie mogli, a gdy ostrzał ustał, zobaczyli pociski tkwiące w ścianie świątyni. Ona sama stała dalej – opowiada o. Jerzy. Pociski te można oglądać do dzisiaj.

Druga wojna światowa oznaczała konieczność porzucenia klasztoru, który Niemcy zamienili najpierw na magazyn, a potem uruchomili w nim także warsztat naprawczy samochodów i czołgów. Właśnie wtedy zniknęło kilka drewnianych kapliczek, m.in. św. Walentego.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły