20 lipca
piątek
Czeslawa, Hieronima, Malgorzaty
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Numer 918: Kazimierz Piechowski

Ocena: 4.9
1826

Niezwykły świadek historii: harcerz i pisarz, towarzysz niedoli św. Maksymiliana z placu apelowego w KL Auschwitz, jeden z czwórki bohaterów, którzy 20 czerwca 1942 roku zdołali stamtąd uciec.

fot. arch. Marty Jacukiewicz

– Od drugiego roku życia mieszkałem w Tczewie. Gdy miałem dziewięć lat, razem z kolegą Niemcem, Erwinem Schultzem, przepłynęliśmy pierwszy raz Wisłę, rozległą i szeroką. W wieku dziesięciu lat wstąpiłem do harcerstwa. Byłem z tego bardzo dumny. Po powrocie do domu zaprezentowałem Przyrzeczenie Harcerskie mamie i zauważyłem łzy na jej twarzy. „Czemu płaczesz, mamo?” – spytałem. „Z radości, synu, z radości” – wspominał w wywiadzie, którego udzielił mi kilka lat temu.

Dwudziestego 20 czerwca 1940 r. wraz z 312 więźniami przyjechał do KL Auschwitz. Pierwszym transportem.

– Pamiętam, że był słoneczny dzień, i pamiętam krzyki: Raus verfluchte Schweine! Alles raus! Los! Los! Schnell! Schnell! Schweine Polen! Niemcy okładali nas kijami, kolbami karabinów… Nie zdawaliśmy sobie sprawy, gdzie jesteśmy. Na pasiakach własnoręcznie przyszywaliśmy numery, którymi nas naznaczono. Miałem numer 918 – opowiadał.

O życiu w obozie śmierci napisał książkę „Byliśmy numerami”. – Był czas, kiedy straciłem nadzieję na przetrwanie tego piekła. Pracowałem wtedy przy budowie krematorium. Wszystko zależało od kapo – miał prawo zabić każdego. Kiedy miał dobry humor, pracowaliśmy normalnie, ale zdarzało się, że wpadał w gorszy nastrój. Nikt z nas nie miał pewności, czy przeżyje do następnego dnia. Każdy dzień pracy mógł okazać się dniem ostatnim, nikt i nic nie gwarantowało przeżycia” – wspominał.

Wspólnie z Eugeniuszem Benderą, Stanisławem Jasterem i Józefem Lempartem ułożyli plan ucieczki z obozu centralnego. Uciekli samochodem komendanta SS, przebrani w mundury esesmanów, z bronią. Opowiada o tym film „Uciekinier”.

– Samochód ruszył w kierunku bramy – wspominał ucieczkę. – Nasz plan awaryjny zakładał, że jeżeli cokolwiek na terenie obozu nie wypali, likwidujemy siebie. Wszystko szło dobrze – mijaliśmy esesmanów, którzy nam salutowali – do momentu, gdy zobaczyliśmy szlaban. Byliśmy od niego jakieś 200 metrów. Niemcy nie podnosili szlabanu. Gienek zmienił bieg. Do szlabanu było około 100 metrów, szlaban na dole. Pięćdziesiąt metrów i nic, ani drgnie. Czterdzieści, to samo. Gienek redukuje bieg na dwójkę. Trzydzieści i nic. Dwadzieścia, to samo. Zaczynam patrzeć na broń, z której mam sobie strzelić w głowę. I wtedy ktoś wali mnie w kark z całej siły i syczy do ucha: »Kazek, zrób coś!«. Ja w mundurze oficerskim SS wychyliłem się z auta i rzuciłem w kierunku szlabanu siarczystą wiązankę. Esesman niemal w podskokach pobiegł do korby i podniósł szlaban. Wolność... Uciekać mogliśmy tylko w sobotę, bo pracowaliśmy do południa. Esesmani zamykali magazyn i wyjeżdżali do swoich domów. A 20 czerwca 1942 r. była sobota.

Po ucieczce wstąpił do Armii Krajowej i walczył do zakończenia wojny. Wrócił na Pomorze, ale został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa i skazany na 10 lat więzienia; odsiedział siedem. Z czasem zaczął spełniać swoje marzenia. Uwielbiał podróżować: wspólnie z żoną byli w ponad 60 krajach, na każdym kontynencie. Kiedyś zapytałam go o syndrom Auschwitz.

– Tak zwany syndrom Auschwitz – odpowiedział – często dręczył byłych więźniów przez lata, przypominając piekło obozu. Auschwitz, jak pisał bezimienny więzień, punkt na mapie, czarna plama w środku Europy. Ta ognista plama sadzy, krwawa plama prochów. Dla setek tysięcy – miejsce bez nazwy. Z wszystkich krajów Europy jechały tam pociągi, załadowane setkami tysięcy ludzi, dla wielu była to stacja końcowa. Nawet nie wiedzieli, gdzie są. Wyładowywano ludzi z ich życiem, ich pamięcią, ich wielkim zdziwieniem, spojrzeniem, które stawiało tylko pytania. Często ci ludzie nie widzieli niczego poza dymem, nim zostali spaleni...

Dziś już wiadomo. Po wielu latach to wiemy. Wiemy, że ten punkt na mapie to Auschwitz. Straszne, okrutne słowo. Przy jego dźwięku sumienie świata dostaje drgawek. To miejsce, gdzie człowiek człowiekowi czynił coś takiego, co w żadnym języku świata nie zostało dotąd zdefiniowane. Auschwitz. Gigantyczny cmentarz bez grobów i krzyży, gdzie setki tysięcy ludzkich istot spoczywa w jednym grobie pełnym bezimiennych prochów. Miejsce, gdzie człowiek pokornie pochylał czoło przed wielkim majestatem śmierci i milczenia. Nie, nie da się zapomnieć o Auschwitz – mówił.

Miałam zaszczyt przyjaźnić się z Kazimierzem Piechowskim, odwiedzałam go w jego domu w Gdańsku. Zmarł 15 grudnia 2017 r. Przeżył 98 lat.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
 

Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI