22 stycznia
poniedziałek
Anastazego, Wincentego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Macron w natarciu

Ocena: 0
188

Stara zasada stosowana przez polityków mówi: jeśli masz kłopoty – słupki ci spadają – to rozpocznij wojnę, najlepiej z dużo słabszym przeciwnikiem

fot. PAP/EPA/GUILLAUME HORCAJUELO

W lipcu francuski dziennik „Le Journal du Dimanche” opublikował wyniki zamówionych badań opinii publicznej, które pokazały niezwykły spadek popularności nowego prezydenta Emmanuela Macrona. Cieszy się on poparciem zaledwie 40 proc. wyborców (spadek o 14 pkt w ciągu zaledwie miesiąca), podczas gdy 57 proc. wyraziło negatywny do niego stosunek (tu wzrost o 14 pkt). Wyniki te zupełnie nie dziwią, ponieważ jako kandydat Macron zapowiadał odnowę francuskiej potęgi, a po trzech miesiącach rządów na jaw wyszła… prywata. Niepomny losu swego konkurenta, François Fillona, Macron próbował zapewnić swojej żonie świetnie płatną rządowa posadę, prezydenckie zaś rachunki za kosmetyczki i fryzjerów wyniosły 26 tys. euro. W tym samym czasie rząd zapowiedział politykę zaciskania pasa, zmniejszania wydatków na cele społeczne, a także deregulację rynku pracy, czytaj: daleko idące ułatwienia w wyrzucaniu pracowników na bruk, oraz reformę systemu emerytalnego, czytaj: przedłużenie wymaganego okresu pracy.

 

Atak na „obcych”

Aby poprawić notowania, prezydent Macron wypowiedział wojnę pracownikom delegowanym, czyli osobom, które pracują we Francji, ale są zatrudniane przez obce firmy. Chodzi oczywiście o tanich pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej. Macron domaga się rewizji dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE z 1996 r. dotyczącej właśnie tej kwestii. Grozi to zakończeniem działalności firm polskich w Europie Zachodniej, ponieważ Francja (i nie tylko ona) domaga się, by płace pracowników delegowanych były równe tym, jakie otrzymują Francuzi.

Jest to zapewne pierwszy krok na drodze do likwidacji swobody przypływu siły roboczej – jednego z filarów procesu europejskiej integracji, z którego korzystają miliony Polaków pracujących w zasobniejszych krajach UE. Wolny przepływ towarów – oczywiście tak, ponieważ jest to korzystne dla lepiej rozwiniętych członków Unii, ale wolny przepływ ludzi – zdecydowanie nie, daje bowiem możliwości rozwoju słabszym. Tak to wygląda nasz „wspólny europejski dom”, od lat gorąco promowany przez rodzimy establishment.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły