12 lipca
niedziela
Jana, Brunona, Bonifacego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Miłość idealna?

Ocena: 0
854

Nigdy nie wejdziemy w czyjeś życie, nie przejdziemy dróg, które on przeszedł, nie poznamy, jak to jest mieć taki a nie inny charakter, nie posłużymy się jego zdolnościami, ale też nie będziemy cierpieć przez słabości, których tylko on jest właścicielem. To wszystko sprawia, że nigdy nie zrozumiemy drugiego człowieka w pełni. A to rodzi pytanie: czy jesteśmy w stanie go kochać, skoro go nie rozumiemy?

fot. pixabay.com/CC0

Historia Uli

Ula była bystrą dziewczynką. Jej mama była fizykiem, a tata znanym inżynierem. Oba te ścisłe umysły były przekonane, że ich najukochańsza jedynaczka będzie w przyszłości należała do elity nauk ścisłych. Sama Ula podziwiała rodziców i bardzo pragnęła być kiedyś taka, jak oni. Gdy nadszedł pierwszy dzień szkoły, dziewczynka ochoczo rozpoczęła poranek! Dziarsko zarzuciła ciężki tornister na plecy i wyszła z domu. Była bardzo ciekawa, co czeka ją pierwszego dnia w nowej szkole. Nowe koleżanki, nowi nauczyciele, nauka nowych przedmiotów. Nie bała się, była podekscytowana i nie mogła się wręcz doczekać pierwszego dzwonka. Pierwszą lekcją była… matematyka! Po wytłumaczeniu tematu, pani nauczycielka zleciła zadanie do zrobienia przy tablicy. Ula zorientowała się, że choć rozumie to, co tłumaczyła przed chwilą nauczycielka, to akurat podyktowanego zadania zrobić nie umie – a nawet nie wie jak je ugryźć. Pech chciał, że to ją wezwano do tablicy. Z radosnej uczennicy, Ula stała się w jednej chwili spiętą, czerwoną ze stresu dziewczynką. Czuła na sobie wzrok całej klasy. Nie umiała już skupić się nad zadaniem. Po krótkiej reprymendzie od nauczycielki, Ula ze wstydem wróciła do ławki. Ku swej rozpaczy zobaczyła, że inna uczennica, która poszła po niej do tablicy, rozwiązała zadanie w dwie minuty, bez zająknięcia czy najmniejszej podpowiedzi.
Po powrocie do domu rodzice pocieszyli Ulę, tłumacząc jej, że to dopiero początki, że na pewno będzie sobie z czasem radziła coraz lepiej. Jednak tygodnie mijały, a Ula dostawała z matematyki ledwie trójczyny. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy – Ula talentu do matematyki nie miała. I choć rodzice dziewczynkę kochali nad życie, to jej beztalencia do matematyki nie mogli zrozumieć. Coraz częstsze teksty w stylu: “Przecież to jest proste”, “Ula, toż to banalne, wystarczy się zastanowić”, “No pomyśl logicznie!” nie poprawiały sytuacji – wprawiały Ulę jedynie w coraz większe kompleksy, a fala niezrozumienia z którą musiała się zmierzyć, zamykała ją w sobie i rodziła rozpacz.

Moja historia

Moja historia jest trochę inna niż Uli, jednak ma wspólny mianownik. Należę do wysoko wrażliwych osób, strasznie łatwo mnie zranić, nawet przez przypadek. Nie potrafię rozpychać się łokciami, jestem beznadziejna w ciętej ripoście, a mój pojednawczy charakter często jest mylony z uległością. Przez to wszystko często słyszałam, że jestem przewrażliwiona, że zbyt emocjonalnie podchodzę do pewnych spraw, itd. Rosło we mnie przez wiele lat takie poczucie, że jest ze mną coś nie tak, że inni oczekują ode mnie tego, bym była twardą babką, bym się tak wszystkim nie przejmowała, bym swoją wrażliwość „chowała”. I choć doskonale znałam slogany: „nie tłum swoich emocji”, to w praktyce wiedziałam, że w moim przypadku nie powinnam się kierować takimi hasłami. Określenie „przewrażliwiona” przykleiło się do mnie jak łatka, której się wstydzę, która sprawia, że staram się chować tę swoją emocjonalność, że gdy lecą mi łzy, to jedyne, o czym myślę, to jak sprawić by nikt tego nie zobaczył. Zaczęłam traktować to trochę jak przekleństwo. Jak wysypkę, której się wstydzę, a nie potrafię pozbyć.
I nie mam pretensji o to do rodziców, którzy są strasznie kochani i serio — lepszych sobie nie mogłam wyśnić. Jednak mam świadomość, że nie potrafiąc zrozumieć mojej wysokiej wrażliwości, nieświadomie wpędzili mnie w pewną nieakceptację samej siebie.

Jest Ktoś, kto nas rozumie. W pełni.

Ok. Brzmi to mało optymistycznie, więc teraz czas wyjaśnić czemu o tym wszystkim piszę. Otóż: ostatnio przeżyłam powódź Bożej Miłości. Ciężko pisać o tym, trudno wytłumaczyć. Ale w tym wszystkim doszłam do zrozumienia, na czym polega bezgraniczność kochania mnie przez Boga. Wiecie, zaczaiłam, że nawet najukochańsze osoby — rodzice, czy mąż — nie rozumieją nas w pełni (tak jak i my nie rozumiemy niektórych naszych bliskich czy przyjaciół). Tylko w Bogu potrafię poczuć tę miłość, która rozumie mnie do głębi, tak do szpiku kości, pewnie lepiej niż ja sama siebie rozumiem. Widzi całą moją bezradność związaną z tą, powiedzmy, nadwrażliwością (i nie tylko) i w tej całej mojej niedoskonałości — kocha mnie doskonale. I choćby nasi bliscy byli świętymi osobami, to są to tylko ludzie. Kochają nas tak, jak potrafią, ale nie idealnie.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Marcela prowadzi blog na stronie www.bocianowa.wordpress.com. Pisze na nim o sobie: "jestem młodą Chrześcijanką (Katoliczką), harcerką, studentką i żoną pewnego super gościa, o nazwisku... Bocian. Chcę dzielić się z Wami spisywanymi w chwilach wolnych opowiadaniami i przemyśleniami na najróżniejsze tematy".

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 12 lipca

Niedziela, XV Tydzień zwykły
Kto ma uszy, niechaj słucha!
+ czytania liturgiczne (rok A, II): Iz 55,10-11; Ps 65,10-14; Rz 8,18-23; Mt 13,1-23
+ komentarz Bractwa Słowa Bożego
+ komentarz tygodnika Idziemy

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy


- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter