28 czerwca
wtorek
Leona, Ireneusza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Normalność w czasach wojny

Ocena: 0
601

Wojnę widzimy przez pryzmat mediów, w których są pokazywane straszne obrazy, ale poza nimi jest też normalność. - mówi o. Jarosław Krawc OP, dominikanin z Kijowa, w rozmowie z Martą Dybińską

fot. archiwum prywatne o. Krawca

Jaka sytuacja panuje w Kijowie?

Od czasu, kiedy wojska rosyjskie wycofały się z województwa kijowskiego, Żytomierszczyzny, Czernihowa, Sum, zrobiło się trochę bezpieczniej, chociaż w każdej chwili może polecieć jakaś rakieta. Nie wiemy, co nas jeszcze czeka.

 

Można bez problemu opuścić stolicę Ukrainy?

W dalszym ciągu przejeżdża się przez punkty kontrolne, w niektórych miejscach sprawdzane są dokumenty, czasem ktoś zagląda do samochodu, pyta o cel podróży. Jednak nie ma problemów z wyjechaniem z Kijowa w stronę Polski. Trudniejsza sytuacja panuje w okolicach stolicy, ponieważ tam część terenów została zaminowana, poniszczone są mosty i drogi. Kijów tylko w kilku miejscach był ostrzeliwany – zupełnie nie da się tego porównać na przykład z Charkowem.

 

Jak wojna wpłynęła na życie religijne?

W Ukrainie, a przede wszystkim w Kijowie, jest niewielu rzymskich katolików. Teraz, kiedy ponadto dużo ludzi wyjechało, została nas garstka. Życie religijne przeszło trochę do sfery prywatnej. Ludzie unikali wychodzenia na ulice, ponieważ nieustannie ponawiano alarmy bombowe, nie było transportu publicznego. Nadal obowiązuje godzina policyjna. Ponadto część klasztorów i parafii zamieniła się w miejsca schronienia dla wiernych. Na przykład bardzo wiele osób kryło się w piwnicach kościołów w oblężonym i bombardowanym Czernihowie.

 

W innych rejonach Ukrainy religijność jest większa?

Wielu wierzących jest w województwach lwowskim, tarnopolskim, co też jest widoczne w przestrzeni publicznej. W Kijowie czy innych wielkich miastach na wschodzie Ukrainy przeważają osoby niewierzące, nawet jeśli deklarują się jako prawosławne. Katolików wyróżnia na tle innych pobożność maryjna.

 

Czy sprawdza się przysłowie „Jak trwoga, to do Boga”?

Wcale nie jest tak, że w warunkach wojennych czy innych sytuacjach stresujących wszyscy składają ręce i tylko się modlą. Na pewno są osoby, które więcej się modlą, ale są i tacy, którzy modlą się mniej. To jest moment skupienia się na kwestiach związanych z przeżyciem, opanowaniem strachu, ewakuacją bardzo wielu osób. Aktywność Kościoła wyraziła się mocno w działalności charytatywnej.

 

W jaki sposób dominikanie włączyli się w tę działalność?

W Fastowie pod Kijowem prowadzimy – oprócz parafii – Centrum Świętego Marcina de Porres. Do wojny było to miejsce, gdzie schronienie znajdowały osoby z trudniejszych rodzin. Była szkoła, centrum rehabilitacji. Przyjeżdżały dzieci z terenów tzw. szarej strefy, czyli granicy separatystycznych republik. Oprócz braci dominikanów jest też sporo wolontariuszy, którzy mają doświadczenie w pomaganiu, więc to miejsce stało się również centrum pomocy dla tamtego rejonu. Na szczęście nie został on zajęty, chociaż istniały takie obawy. Przez Fastów do Polski zostało ewakuowanych ok. 1200 albo i więcej osób.

 

Czego potrzebują ludzie, którzy tam trafiają?

Często wsparcia ludzkiego, pomocy materialnej. Wielu wyjeżdża z kraju. Widziałem mamę z trójką dzieci z plecakiem i walizką, dzieci z malutkimi plecaczkami z zabawką – to wszystko, co ze sobą zabierali. Ci, którzy opuścili kraj na początku, własnymi samochodami, mieli szansę przynajmniej wziąć troszkę więcej rzeczy. Ci, którzy znaleźli się w miejscach zajętych przez Rosjan, byli w zupełnie innej sytuacji. Cudem było, jeśli w ogóle udało się im wyjechać.

 

To są ludzkie dramaty, które tak ciężko zrozumieć. Ktoś zapyta: Gdzie jest Bóg?

Nie spotkałem nikogo, kto by to pytanie stawiał.

 

Sam sobie Ojciec nie zadaje takiego pytania?

Nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania. Nie miałem wątpliwości.

 

Boi się Ojciec o swoje życie?

Ataki rakietowe były najniebezpieczniejsze, bo chroni przed nimi wyłącznie piwnica czy schron. Zakon jest trochę jak wielka korporacja: jeśli bomba trafi w mój klasztor, to pójdę do innego. Ponadto z uwagi na celibat i zakonne ubóstwo jest mi trochę łatwiej. Mam mniej powodów do zmartwień niż ci, którzy tracą dobytek swojego życia.

 

Można się przyzwyczaić do życia w stanie zagrożenia?

Tak, chociaż niezupełnie. Można się nauczyć rozpoznawać, czy wybuchy są bliżej czy dalej. Poza tym trzeba jakoś funkcjonować. Nie można cały czas siedzieć w piwnicy. Wojnę widzimy przez pryzmat mediów, w których są pokazywane straszne obrazy, ale poza nimi jest też normalność. Za jednym zburzonym budynkiem jest dwadzieścia niezburzonych. Nie wszędzie jest koszmar. Myślę, że połowa ludzi wyjechała z Kijowa, ale druga połowa została. Większość sklepów jest zamknięta, ale część jest otwarta, dowożą towar. Teraz, kiedy wojska rosyjskie wycofały się z obrzeży miasta, życie coraz bardziej wraca do normalności. Władze wzywają też do tego, żeby podejmować pracę, bo z czegoś trzeba żyć. Uczelnie zaczęły pracować w trybie online, odbywają się wykłady.

 

Czy można ocenić, kto głównie został w mieście?

Zostało sporo ludzi, którzy zaangażowali się w wolontariat, albo ci, którzy mają konkretną rolę – są lekarzami, pracują w służbach miejskich, w handlu. Uważam, że są to bohaterowie drugiego planu, bez których miasto nie mogłoby funkcjonować. Także ci, którzy chwytają za broń, nie mogliby bez nich żyć. To zwyczajne rzeczy, których może się nie dostrzega, ale one są bardzo ważne.

 

Mer Kijowa Witalij Kliczko ciągle alarmuje, by przestrzegać godziny policyjnej, by schodzić do schronów…

Cały czas obowiązuje godzina policyjna, są alarmy, ale już mniej. Znajomi z Czortkowa mówili, że ciągle wyły alarmy. Słuchanie wycia syren godzinami bardzo obciąża psychicznie.

 

Czy ojcowie dominikanie kryli się w schronach?

Różnie. Niektórzy spali w piwnicy. Ja zrobiłem tak dwa razy – w momentach, które wydawały mi się bardziej niebezpieczne – ale teraz już śpię u siebie w pokoju.

 

Ojca brat jest księdzem pracującym również w Ukrainie, we Lwowie. Jak na tę sytuację reaguje rodzina?

Całe szczęście nawet na chwilkę nie straciliśmy łączności. Działał Internet, działały telefony, codziennie byliśmy w kontakcie z mamą. Mama wiedziała od nas, że rzeczywistość nie jest czarno-biała, jak widzimy w mediach. Sytuacja jest różna w różnych miejscach.

 

Jak wpłynęła na Ojca ta wojna?

Doświadczenie wojny trochę weryfikuje nasze potrzeby – widzimy, że można się obejść bez wielu rzeczy. Następuje moment skupienia na tym, co naprawdę potrzebne, co wartościowe, co niezbędne.

 

Były takie sytuacje, które wywołały płacz?

Może nie płacz, ale było wiele sytuacji, które wywołały wzruszenie. Był to widok ludzi, którzy czekają na dworcu, zwłaszcza w pierwszych dniach wojny. Poczekalnie były zaciemnione, pociągi też jechały bez oświetlenia, gdyż istniało ryzyko, że mogą zostać ostrzelane. Momentami trudnymi były też pogrzeby żołnierzy. Choć nie znałem ich osobiście, w obecnych okolicznościach stają mi się oni bliscy.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 28 czerwca

Wtorek, XIII Tydzień zwykły - wspomnienie św. Ireneusza, biskupa i męczennika
Prowadź mnie, Panie, w swej sprawiedliwości
+ Czytania liturgiczne (rok C, II): Mt 8, 23-27
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz

- Reklama -


Najczęściej czytane komentarze



POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter