29 maja
poniedziałek
Magdaleny, Bogumily, Urszuli
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Misja specjalna

Ocena: 0
4181
Tu można się przekonać, że hospicjum to nie smutek, strach i śmierć, ale radość, spokój i nowa jakość życia.
Hospicjum liczy ponad 20 lekarzy, tyleż pielęgniarek i 70 wolontariuszy

Ośrodek Hospicjum Domowe prowadzony przez ojców marianów na warszawskim Targówku znany jest ze wzorcowej opieki nad pacjentem i rodzinnej atmosfery.

– U nas nikt nie czeka na miejsce w kolejce. U pacjentów w terminalnych chorobach znacząco wydłuża się i poprawia jakość życia – przyznaje ks. Andrzej Dziedziul, dyrektor hospicjum.

Hospicjum domowe w tym wypadku nie oznacza tylko charakteru placówki, gdzie opieka nad pacjentem jest sprawowana w domu. Kto przekroczy próg ośrodka, odczuje szczególny klimat tego miejsca. Taką afirmację życia, jak tu, trudno znaleźć w innym miejscu.

Żyją, by pomagać

Szybko można się przekonać, że wśród załogi nie ma ludzi „przypadkowych”. Każdy z pracowników to ktoś jakby specjalnie dobrany do swojej roli.

– Jeśli nie kochasz ludzi, nie będziesz pracować w hospicjum – mówi Danuta Cerbs, naczelna pielęgniarka, od 18 lat pracująca w hospicjum. – Wcześniej była pielęgniarką środowiskową. Po ukończeniu kursu onkologii wiedziała już na pewno, że chce zajmować się pacjentami z chorobą nowotworową. Po miesiącu pracy w zastępstwie koleżanki odkryła, że to jej miejsce.

– Mam poczucie, że tutaj się realizuję, że to, co robię, ma sens. Wchodzimy w bliskie relacje z pacjentem i jego rodziną, w wielu domach się zaprzyjaźniamy. Jesteśmy z nimi w najtrudniejszych momentach ich życia, bo chyba nie ma czegoś trudniejszego niż zgoda na odejście bliskiej osoby – opowiada pani Danuta. – Kontakty utrzymywane są przez wiele lat. Mamy poczucie, że jesteśmy im bardzo potrzebni. W żadnej innej pracy nie doświadczyłam czegoś podobnego. Są rodziny, które od 10 lat dzwonią z życzeniami na każde święta. Kiedy pytam: „To pani mnie jeszcze pamięta?”, słyszę: „Pani Danusiu, ale pani była przy mnie, kiedy żegnałam moją mamę, jak mogłabym panią zapomnieć?”. To daje siłę do dalszej pracy, ale jednocześnie wymaga zaangażowania. Nie można traktować pacjenta jak kolejnego chorego, u którego trzeba tylko wykonać czynności pielęgnacyjne i wyjść – mówi.

Tym, co urzeka w mariańskim ośrodku,
jest niemal rodzinna atmosfera

– Tu w hospicjum jesteśmy nastawieni na to, by dawać dużo z siebie – dodaje pielęgniarka Danuta Dobrzyńska, pracująca w hospicjum od 16 lat. – Pytamy o wszystko, co może być dla pacjenta problemem i poświęcamy mu tyle czasu, ile potrzebuje, nie patrząc na zegarek. Oczywiście, że przeżywamy też wypalenie zawodowe. Pracę w hospicjum łączę z drugim zatrudnieniem. Wiele razy chciałam zrezygnować, ale wystarczyło odpocząć tydzień, dwa i wszelkie kryzysy mijały. Potem tęskni się do pacjentów hospicyjnych. Nie sposób stąd odejść – mówi.

Tym, co urzeka w mariańskim ośrodku, jest niemal rodzinna atmosfera.

– Kiedy w poszukiwaniu pracy przyszłam do hospicjum, zaskoczyła mnie serdeczność. Pomyślałam: „Boże, chciałabym tutaj pracować!” – wspomina pielęgniarka Iza Kęsicka. – Tu spotyka się ludzi, którzy bardzo chcą pomagać innym. To daje się zauważyć w sprawach nie tylko wielkich, ale i całkiem prozaicznych, kiedy wchodzę do pokoju i pytam o tusz do pieczątki, zaraz trzy osoby rzucają się do szafy na poszukiwania – mówi.

Barbara Grandys, świeżo upieczony lekarz onkolog, potwierdza, że szukając dla siebie dodatkowej pracy, pomyślała o tym właśnie hospicjum. Jego renoma jest szeroko znana. Serdeczne relacje panują w całym zespole lekarzy, pielęgniarek, wolontariuszy, a zasadą jest zwracanie się do siebie po imieniu.

– Dla mnie hospicjum jest jak rodzina. Po przejściu na wcześniejszą emeryturę jestem tu codziennie. Nawet wtedy, kiedy nie mam dyżuru – mówi Krystyna Kuryło, najstarsza stażem wolontariuszka, z 16-letnim doświadczeniem.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


SALON DZIENNIKARSKI