19 lutego
wtorek
Arnolda, Konrada, Marcelego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Malwina i jej dzieci

Ocena: 0
1478

Jej historia, podobnie jak historie tysiąca rodzin rocznie, to gotowy scenariusz na dramat – niekoniecznie z happy endem. Wątpliwe jednak, by chciał go sfinansować Państwowy Instytut Filmowy, bo miejsce państwa w tej historii jest na ławie oskarżonych.

fot. Monika Odrobińska/Idziemy

Po ciężkich przejściach, na bezrobociu, po szpitalnych pobytach dwójki dzieci, kiedy rozchorowało się jeszcze trzecie, Malwina Pawlak doznała załamania nerwowego. Była z tym wszystkim sama. Z pracownicą ośrodka pomocy społecznej nie miała najlepszych relacji, czuła jednak, że tylko do niej może się zwrócić. Nie zdobyła się na rozmowę z nią, ale napisała list: że czuje się tragicznie, że sobie nie radzi, że prosi o pomoc.

 

Na samotność psychotropy

Pani z OPS zaczęła namawiać ją na wizytę u psychologa, Malwina nie była jednak do tego przekonana. Kiedy uległa, w gabinecie siedział nie psycholog, ale psychiatra, który zaczął jej wmawiać depresję oraz zlecił leczenie farmakologiczne i pobyt w szpitalu. Przy trójce dzieci nie chciała brać silnych psychotropów ani zostawiać dziewięciomiesięcznego synka i córek: półtorarocznej i czteroletniej, bo nie miała dla nich opieki. Jej matka też oddała kiedyś dzieci i nigdy ich nie odzyskała.

Receptę i skierowanie jednak wzięła i w końcu – uległszy pani z OPS i kuratorce, która niegdyś prowadziła także jej matkę – poszła do szpitala. Zanim to zrobiła, poprosiła o zaopiekowanie się dziećmi matkę. „Jak ty to sobie wyobrażasz?” – usłyszała. Odmówiły także dwie siostry. Na drugi dzień po maluchy przyjechali pracownicy Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie i zawieźli je do rodzinnego domu dziecka.

Ordynatorka oddziału psychiatrycznego nie potwierdziła diagnozy depresji – przyznała, że po takich przejściach i bez wsparcia najzdrowszy by się załamał. Zgodziła się ją jednak przyjąć, ale bez leczenia farmakologicznego. Malwina spędziła na oddziale pięć dni, już trzeciego dnia dostała przepustkę na widzenie się z dziećmi. To był Dzień Dziecka. Pojechała do najstarszej córki. Od rodziców zastępczych usłyszała, że dziewczynki jej nie wydadzą, bo pewnie uciekła ze szpitala, poza tym czterolatka ma już na ten dzień zaplanowane rozrywki.

Po wyjściu ze szpitala Malwina natychmiast zadzwoniła do pani z OPS z prośbą o zwrócenie dzieci. Usłyszała, że sprawą zajmuje się już sąd. Zaczęła się walka z systemem. Dwoje dzieci umieszczono w jednej placówce, najstarszą córkę – w innym mieście. Mogła ją widywać przez godzinę tygodniowo, wyłącznie w obecności pracownika. – Czułam się jak na przepustce z kryminału – wspomina Malwina. Przy pożegnaniu czteroletnia córeczka wyrywała się, chciała do mamy.

Dwoje młodszych dzieci mogła widywać codziennie i wykonywać przy nich wszystkie czynności: przewijać, karmić, spacerować. Po jakimś czasie zaczęła zauważać w nich zmianę: gdy miała wyjść, syn zaczynał ją gryźć po kostkach, walił pięściami w posadzkę.

PCPR przychylił się do prośby o przeniesienie najstarszej córki do pozostałych dzieci. Po trzech miesiącach się udało. Przychodziła do nich zaraz po skończonej pracy, bo wreszcie udało jej się wyjść z bezrobocia. Opiekunka dzieci podejmowała ją nawet obiadem, ale u dzieci Malwina zauważyła siniaki, na pupie odbity ślad ręki. Przyjęta przez tę samą rodzinę nastolatka – cicha i wycofana – przyznała, że dostaje od cioci po twarzy i że dzieci Malwiny też są bite.

 

Między mamami

Malwina zaczęła robić zdjęcia siniaków, zostawiała włączony dyktafon, fotografowała brudne nocniki, zaniedbane pomieszczenia, nieobcięte paznokcie dzieci. W nagranych rozmowach słychać było przekleństwa, obgadywanie matek dzieci w niecenzuralnych słowach. Podczas pobytu u tej rodziny czterolatka dostała ciężkiej grzybicy pochwy.

Korzystając z nieobecności opiekunki, Malwina zaprosiła do jej domu pracowników PCPR. Bród, smród plus dokumentacja fotograficzna i nagrania, w tym rozmów telefonicznych, w których opiekunka groziła Malwinie, że nigdy nie odda jej dzieci, sprawiły, że ta rodzina zastępcza została zwolniona w trybie natychmiastowym.

Dzieci trafiły do kolejnej rodziny. U niej Malwina mogła widywać je już tylko dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Najwyraźniej nowi opiekunowie bali się, że będzie im patrzyła na ręce. Na prośbę Malwiny pracownica PCPR poprosiła o zwiększenie wymiaru czasowego spotkań, rodziny podpisały kontrakt. Malwina jednak nie mogła zabierać dzieci na weekendy, bo nagle okazało się, że jej 22-metrowe mieszkanie jest na to za małe. – Wcześniej nikomu to nie przeszkadzało; każe dziecko miało swój kąt, było czysto i schludnie – mówi matka.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.



Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -