29 marca
niedziela
Wiktoryna, Helmuta, Eustachego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Daleko od domu

Ocena: 0
747

Po „amnestii” w 1941 r. mogliśmy wyjść z ZSRR. Jednak zamiast wracać do Polski, coraz bardziej się od niej oddalaliśmy.

fot. Monika Odrobińska/Idziemy

Aleksandra Kulak-Wawryka miała trzy lata, kiedy ją, mamę, babcię i ciocię sowiecki okupant wywiózł na Syberię. Tam mamie udało się zebrać ponad 40 dzieci z radzieckich sierocińców, ale ZSRR opuściły bez niej. Ona na dwa lata utknęła w więzieniu. Ola tymczasem tułała się – najpierw do Isfahanu, a stamtąd do Nowej Zelandii.

– Kiedy wsiadaliśmy na okręt „General Randall”, nie wiedzieliśmy, co nas czeka i czy jeszcze zobaczymy rodziców – mówi pani Aleksandra. – Wracali nim także żołnierze z frontu, i oni jako pierwsi schodzili na ląd. Witały ich żony i dzieci, a któreś z nas powiedziało: „Nas chyba też tak będą witać”. Chcieliśmy wreszcie poczuć się bezpiecznie, bo byliśmy przerzucani jak tobołki.

Mimo że na lądzie nie czekał na dzieci nikt bliski, poczuły się dobrze. – To był moment, który mówił: „Wy też jesteście tu u siebie”, dlatego tak wielu z nas zdecydowało się zostać tam na zawsze – wspomina Aleksandra Kulak-Wawryka. – Ja z żalem wracałam. Miałam już zaprzyjaźnioną rodzinę, która chciała mnie adoptować, ale w Polsce znalazła się moja mama. Odtąd towarzyszyło mi rozdarcie. Do dziś nie wiem, czy moją pierwszą ojczyzną jest Polska, czy Nowa Zelandia.

Na listach z Polski Ola widziała znaczki z polskimi zabytkami. Pierwsze, co zobaczyła po wpłynięciu do portu w Gdyni, były ruiny gdańskiej starówki. Potem także warszawskiej. „Nie martw się, Olu – mówiła mama – kiedyś i tu będzie jak w Nowej Zelandii”.

Ze względu na trwającą wojnę Polacy po zsyłce na Syberię nie mogli wrócić do domów, nie mógł też ich nadal gościć u siebie Iran, dlatego dzieci, głównie sieroty, zdecydowano się rozmieścić w krajach należących do Korony Brytyjskiej. „Łagodne wzgórza, na których leżały pola uprawne wschodniej Polski, skąd pochodziłem, bezkresne pustki Syberii, Kazachstanu, i Uzbekistanu, suche przestrzenie Iranu, puste wody Oceanu Indyjskiego i Morza Tasmana – w mojej pamięci były głównie płaskie krajobrazy. A Wellington wyglądał zupełnie inaczej. Te wzgórza i ta zieleń, jasne domki usytuowane w jakiś cudowny sposób na stromych zboczach – bo nie spadały. Wyglądały, jakby ktoś namalował obrazek i skropił go świeżym deszczem” – pisał we wspomnieniach Stanisław Manterys.

Na pomysł ściągnięcia do Nowej Zelandii polskich sierot wpadła żona polskiego konsula Maria Wodzicka, która w porcie Wellington witała kiedyś grupę młodych sybiraków płynących do Meksyku. Swoją myślą podzieliła się z żoną premiera Petera Frasera i niebawem witano w Nowej Zelandii grupę 733 dzieci i 105 opiekunów.

Na trasie pociągu, który wiózł dzieci do obozu w Pahiatua, stali i machali chorągiewkami nowozelandzcy rówieśnicy, którzy na ten dzień dostali wolne ze szkoły. Molly Baoumgren wspominała, że Polacy, którym przez okno podawano bukieciki, płakali lub kryli w nich twarze „Dopiero wtedy zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, co musieli przejść” – wspomina. Ryszard Gołębiewski dostał przy tej okazji swój pierwszy w życiu cukierek – jego smak pamiętał latami.

W obozie czekały na dzieci przytulne pokoiki z zasłonami, dywanikami i świeżymi kwiatami przy pościelonych łóżkach. Dzieci przybyły do Pahiatua 1 listopada 1944 r. Przebywały tam do 15 kwietnia 1949 r. Wiele z nich chodziło już wówczas do nowozelandzkich szkół – świetnie przygotowały je do tego polskie szkoły w obozie. Kładziono w nich nacisk na polskość i wiarę. Pamiątką po obozie jest wybudowana przez Polaków kapliczka.

Władze Nowej Zelandii wystawiały zgody na łączenie rodzin i osiedlanie się ich na miejscu. – Tak było z moimi ciotkami – mówi Maria Krzykowska. – Mama została deportowana z dwiema siostrami i rodzicami. Jej matka zmarła jeszcze na Syberii, ojciec poszedł walczyć do Andersa. Mama była już panienką, młodsze siostry – by miały co jeść – dała do ochronki przy Armii Andersa. Tak potem znalazły się w Pahiatua. Mama z kolei trafiła do Anglii. Odnalazły się po wojnie przez Czerwony Krzyż i skorzystały z zaproszenia Nowej Zelandii.

Polacy w Nowej Zelandii stanowią silną wspólnotę. Kultywują polskość, zakładają stowarzyszenia. W 1972 r. dzieci z polskiej szkoły zaprezentowały spektakl o polskich rzekach przed przybyłym do tamtejszego Domu Polskiego kard. Karolem Wojtyłą, który nie krył wzruszenia. W latach 80. XX w., podobnie jak Polonusi na całym świecie, okazywali wsparcie rodzącej się „Solidarności”. A kiedy w 2018 r. odwiedzili ich prezydent Andrzej Duda z żoną – reprezentanci wolnej, niepodległej Polski – czuli, że historia zatoczyła krąg.

W 75-lecie przybycia polskich sierot do Pahiatua Stowarzyszenie Wspólnota Polska i Ambasada Nowej Zelandii w Polsce zapraszają na wystawę „Podróż nadziei. Polskie dzieci z Pahiatua. Nowa Zelandia 1944-2019” przed Domem Polonii przy ul. Krakowskie Przedmieście 64 w Warszawie

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 29 marca

Kto we Mnie wierzy, choćby umarł, żyć będzie.
Dziś w Kościele: V Niedziela Wielkiego Postu
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Ez 37,12-14; Ps 130,1b-8; Rz 8,8-11; J 11,1-45
+ Komentarz Bractwa Słowa Bożego do czytań
+ Wielkopostne Kościoły Stacyjne
29 marca – Konkatedra MB Zwycięskiej, Parafia Bożego Ciała na Kamionku (ul. Grochowska 365, DW-P)
+ "Ziarna Słowa" Jana Pawła II

E-WYDANIE

Tygodnik Idziemy dostępny w e-wydaniu!
Zachęcamy także do prenumeraty wydań drukowanych.

- Reklama -


Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter