6 kwietnia
poniedziałek
Izoldy, Celestyna, Wilhelma
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

A ty, kochanie, jak masz na imię?

Ocena: 0
1156

Była osobą nietuzinkową, wielobarwną i po prostu piękną. Czy sprawił to dodatkowy, nadprogramowy chromosom, którego większość z nas nie ma? Czy też po prostu była sobą, jedyną i niepowtarzalną?

Nie lubiła, gdy mówiło się o niej Maria. Była Marysią, i już. Dziewczynką Marysią, która, mimo swojego dojrzałego wieku, raczej nie za bardzo chciała być dorosłą Marią. W rzadkich przypadkach bywała też, jak mówiła, Święcicką Marysią. Była sobą, jak każdy z nas. I jak każda osoba z zespołem Downa.

Marysia miała szczęście. Pojawiła się w bardzo wierzącej rodzinie, która przyjęła ją z odpowiedzialnością i miłością. A może to rodzina miała szczęście, że pojawiła się Marysia? Całkowicie przemieniła jej życie. Rodzice lekarze, czterech starszych braci. I w końcu ona, wyczekana córka, siostra. A wraz z nią w rodzinie zagościł też zespół. Zresztą zespół, którego ona sama zdawała się nie uwzględniać w swoim codziennym życiu. „Ja nie mam żadnego Downa” – mawiała. Nie uważała się też za osobę inną niż jej otoczenie.

Rodzina Marysi często przytacza scenę sprzed kilku lat, która miała miejsce na sprawie spadkowej po śmierci ukochanego Tatusia. Pani sędzia wielokrotnie powtarzała formułę: „pani Maria, jako osoba upośledzona”. W pewnym momencie Marysia zapytała, jak to miała w zwyczaju: „A ty, kochanie, jak masz na imię?”. „Małgorzata” – odpowiedziała pani sędzia. Na to Marysia podeszła do niej, pogłaskała po głowie i powiedziała: „Oj, Małgosiu, jakie ty głupstwa gadasz. Ja nie jestem żadna osoba upośledzona, tylko normalna dziewczynka Marysia”.

Marysia miała w sobie nadzwyczajne pokłady empatii. Potrafiła wyczuć nastrój każdej przebywającej z nią osoby, nawet gdy ta próbowała go ukryć. Umiała pocieszyć jak mało kto. Zawsze zatroskana, zawsze uważna na drugiego człowieka. A najbardziej na swoją ukochaną Mamę, którą nazywała najczęściej „Kochaniem” albo „Laleczką”. Wrażliwa na cierpiących, smutnych, w ciężkim położeniu. Podczas ostatniego wakacyjnego wyjazdu ze swoją wspólnotą Wiary i Światła spotkała w pensjonacie rodzinę z córką z porażeniem mózgowym, na wózku, bardzo drobną, mocno doświadczoną przez chorobę. Podczas gdy wszyscy patrzyli na tę dziewczynkę i jej rodzinę z dużym współczuciem, Marysia podeszła do niej, objęła i powiedziała: „Jaka ty piękna jesteś!”. Marysia była blisko Jezusa i umiała patrzeć jak On.

Czasem, jak każdy, bywała uparta, potrafiła się też złościć. Któż z nas nie potrafi? Ona jednak natychmiast przepraszała, przytulała i łagodziła każdą sytuację. Choć potrafiła także być asertywna. Gdy na coś nie miała ochoty lub gdy coś ją nużyło – mówiła to bardzo jasno, wprost. Nie lubiła, gdy się o niej za dużo mówiło. „A daj już spokój”, „A idź!” – mawiała. A jeśli czegoś nie wiedziała, to po prostu nie wiedziała, i wiedzieć nie musiała. „Marysiu, ile kończysz lat?” Szczerym zdaniem: „A ja nie wiem” – ucinała wszelkie zbędne dyskusje i mało interesujące rozmowy.

W relacje wchodziła natychmiast, bez kalkulacji, bez oceniania. W większości przypadków była bardzo przyjazna i zainteresowana koligacjami rodzinnymi rozmówcy. Miała niesamowity dar zapamiętywania cudzych mam, sióstr, braci, wujków, cioć i nawet zwierząt. I nigdy się pomyliła przy kolejnym (nawet rzadkim) spotkaniu, dopytując o czyjąś mamę, siostrę, brata… Oczywiście, jak każda dziewczyna, miała też swoje miłości. Sfatygowane fotografie ostatniej sympatii miała w swoim małym albumie, który nieustannie porządkowała, układała na nowo. Zresztą jak wiele rzeczy na swojej półce czy szafce.

Miała swoje przyzwyczajenia – np. konkretne programy w telewizji o stałej porze. I obowiązki, które tylko ona robiła doskonale – takie jak nakrywanie do stołu, parzenie herbatki czy obieranie jajek na twardo. Kochała maskotki, najlepiej małe i pluszowe. Jak przystało na kobietę, bardzo dbała o swój wygląd. Szczególnie istotne były bransoletki i wisiorki wszelkiej maści.

Bardzo kochała Tatusia, z którym lubiła spacerować leśnymi dróżkami w podwarszawskich Laskach, gdzie mieszkała, a z Mamusią związana była wręcz nierozerwalnie. Często podobnie ubrane, zawsze obok siebie, z nieustannymi gestami czułości.

Pod koniec 43-letniego życia zmagała się z ciężką chorobą. Znosiła ją niezwykle dzielnie i była pocieszeniem dla innych, którzy niekoniecznie równie dzielnie znosili jej chorobę. W ostatnich dniach życia, na szpitalnym łóżku, wciąż pamiętała, by zadzwonić do Mamusi, kochanej Laleczki, by jej przypomnieć o lekarstwach o stałej godzinie, zatroskana o czuwające przy niej osoby. Cierpiała z każdym dniem coraz bardziej, choć organizm mocno walczył. Niemal do samego końca potrafiła patrzeć długo i głęboko w oczy, jakby czytając to, co w środku człowieka. Nie chciała już mówić, nie chciała też już słuchać czczej gadaniny. Wystarczało czułe spojrzenie.

Pamięci Marysi Święcickiej
11.07.1976 – 22.01.2020

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
- Reklama -
- Reklama -

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 6 kwietnia

Pan moim światłem i zbawieniem moim,
kogo miałbym się lękać?

Dziś w Kościele: poniedziałek, Wielki Tydzień
Czytania liturgiczne (rok A, II): Iz 42,1-7; Ps 27,1-3.13-14 ; J 12, 1-11
+ Komentarz Bractwa Słowa Bożego do czytań
+ "Ziarna Słowa" Jana Pawła II

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy

- Reklama -

- Reklama -


Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter