23 maja
wtorek
Iwony, Dezyderego, Kryspina
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

System dla przeciętnych

Ocena: 0.5
211

Kilka dni temu internauci przypomnieli zdjęcie prezesa ZNP z 1999 roku, gdy w proteście przeciwko wprowadzeniu gimnazjów urządzał głodówki. Dziś Sławomir Broniarz robi wszystko, co może, by powstrzymać likwidację gimnazjów. Teoretycznie można uznać, że zdaniem Broniarza gimnazja, wbrew jego obawom sprzed kilkunastu lat, sprawdziły się i powinny zostać. Myślę jednak, że powód zmiany stanowiska o 180 stopni jest bardziej prozaiczny, i w sumie zrozumiały: ZNP nie lubi jakichkolwiek zmian w oświacie i zawsze będzie bronić status quo. W tle jest oczywiście kontekst polityczny: gimnazja wprowadzał rząd prawicy (AWS-owskiej), likwiduje je także rząd prawicy (PiS-owskiej), a prezesowi Broniarzowi zawsze blisko do lewicy.

Związek Nauczycielstwa Polskiego jest główną siłą (obok m.in. KOD) Koalicji „»Nie« dla chaosu w szkole”. Pod tym szyldem wzywano rodziców, by nie posyłali dzieci na dwie pierwsze lekcje 10 marca. Skala protestu nie jest znana, ale w wielu miejscowościach apele odniosły skutek – słyszałem o klasach, w których nie przyszło 14 dzieci na ogólną liczbę 24 uczniów. Warto zaznaczyć, że akcję prowadzono także w klasach I-III, pod hasłem, iż „najbardziej poszkodowani będą najmłodsi, ponieważ mają przed sobą wiele lat okresu przejściowego w zdeformowanej szkole”.

Tak oto po raz pierwszy chyba w wolnej Polsce jedna ze stron wciąga w konflikt społeczno-polityczny dzieci. Bo przecież jedne przychodzą, a inne „strajkują”. Każde z rodziców wie, albo przynajmniej może sobie wyobrazić, do jak wielkich napięć i niepokojów taka bezwzględność prowadzi. Zwłaszcza że i bez tego do dzieci docierają echa politycznych sporów toczonych w świecie dorosłych.

Reforma edukacji jest operacją wysokiego ryzyka: dotyka, choćby pośrednio, niemal wszystkich Polaków, najmniejszy błąd, także lokalny, zostanie rozdmuchany do wielkich rozmiarów. Również w środowiskach popierających rząd toczyła się dyskusja, czy warto brać się za tak trudne zadanie, przy tylu frontach już otwartych. Wątpliwości zasadne, ale należy też postawić i inne pytanie: czy zaniechanie w tej dziedzinie da się usprawiedliwić? Czy jest sprawa ważniejsza?

Rodzice, nauczyciele i profesorowie mający styczność ze współczesną młodzieżą zgodnie oceniają, że absolwenci obecnego systemu edukacji cechują się nie tyle wiedzą, co swoistym sprytem. Wiedzą, jak i ile należy się uczyć, by zdać odpowiednie testy. Wiedzą, jak na podstawie niewielkiego zasobu wiedzy wybrać dobrą odpowiedź. Ale niewiele więcej. Profesorskie opowieści o studentach cenionych uniwersytetów, którzy nie potrafią rozwinąć skrótu PZPR, to rzeczywistość. I nie da się tego usprawiedliwić tylko masowością kształcenia, za którą musi iść obniżenie poziomu. Tak jak nie są żadnym argumentem za obecnym systemem przykłady świetnie wykształconych młodych ludzi. Tacy zawsze będą – albo dzięki wybitnym zdolnościom, albo dzięki środowisku rodzinnemu „wysokiej jakości”. O systemie najwięcej mówią nie absolwenci najlepsi, ale ci przeciętni.

Skutki likwidacji dawnych liceów, z ich dobrze osadzonym rytmem czteroletniego kształcenia i wychowywania, widać także w dziennikarstwie. Coraz trudniej o adeptów mających choćby blade pojęcie o historii, geografii, literaturze. A przecież jeszcze 20 parę lat temu matura gwarantowała ogólne obycie w dorobku cywilizacyjnym. Dziś nie znaczy nic. Podobne refleksje ma wielu prawników czy nauczycieli.

Reforma edukacji jest już prawem. Zamiast skupiać się na jej jak najlepszym przygotowaniu i wdrożeniu, wiele środowisk toczy zażartą walką o jej zablokowanie, co jest raczej niemożliwe, wyjąwszy jakiś rodzaj kataklizmu. Kreuje się przy tym fałszywe wrażenie, jakoby przeciw zmianom byli właściwie wszyscy, z wyjątkiem „szalonej” władzy. Pamiętam jednak dobrze kampanię 2015 roku, i parlamentarną, i prezydencką, i wiem, że wezwanie do naprawy edukacji – właśnie w duchu powrotu do systemu 8+4 – było jednym z najczęściej przywoływanych postulatów. Reformy nie da się też przesunąć, ponieważ w kolejnym roku (2018) przypadają wybory samorządowe. A w ogniu walki o stanowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów nie da się sensownie przeprowadzić zmian.

A więc: teraz albo nigdy.

 

Idziemy nr 12 (598), 19 marca 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły