18 sierpnia
sobota
Ilony, Bronislawa, Heleny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Jeszcze o książkach dla dzieci

Ocena: 0
695

Zupełnie inaczej powinno się pisać dla czterolatków, a inaczej dla sześciolatków.

fot. Pixabay, CC0

Nieudolne rymy i rytmy, o których pisałem w poprzednim odcinku, nie są jedynymi problemami współczesnej literatury dziecięcej, ale ku przestrodze podam jeszcze jeden rażący przykład z wierszyka o betoniarce: Jedzie z budowy na budowę, / Czekają na nią budowniczowie. / Powstają piękne domy nowe, / Dobrze pracować na budowie!. W tym przypadku kłopotliwa jest też obcość i anachroniczność opisywanego świata, ale i samego języka – wierszyk jako żywo przypomina teksty socrealistyczne sławiące np. budowę Nowej Huty… Podobnie jest w pochodzącym z tego samego tomiku utworze o spycharce: W tym dole będzie mocny fundament, / A na nim stanie nowiutki gmach. / I choć spycharki robią nam zamęt, / To pracowite są że aż strach!

W wielu książkach dla dzieci wyraźnie widoczna jest niespójność używanych środków językowych. Oto np. obok wyrazów dźwiękonaśladowczych imitujących odgłos karetki (E-jo, e-jo, e-jo, eee!) autor umieszcza takie określenia, jak choćby raźno, hektolitry czy nieważkości stan. Do dzieci w jakim wieku są zatem skierowane te wierszyki? Tymczasem kwestia projektowanego odbiorcy jest w literaturze dziecięcej niezwykle ważna, ponieważ zupełnie inaczej powinno się pisać dla czterolatków, a inaczej dla sześciolatków.

Rzecz jasna, zdarzają się na rynku wydawniczym książki skierowane do mniej lub bardziej konkretnych grup wiekowych, rzeczywiście uwzględniające poziom kompetencji językowej i szerzej: kulturowej projektowanych czytelników. Przykładem dla najmłodszych może być seria o przygodach Kici Koci autorstwa Anity Głowińskiej. Wydawcy reklamują ją jako przeznaczoną dla czytelników w wieku 2-6 lat, ale jest to zdecydowanie zbyt duży przedział wiekowy, a moim zdaniem sześciolatek po taką książkę już nie sięgnie. Jednak młodsze dzieci chętnie słuchają opowieści o sympatycznej bohaterce. Autorka rzeczywiście stara się dostosowywać język do takiego odbiorcy. Świetnie to widać na poziomie składni. Zdania są w przeważającej większości krótkie i bądź to pojedyncze, bądź złożone współrzędnie, co odpowiada rozwojowi mowy typowego kilkulatka. Niemal każde zawiera podmiot wyrażony rzeczownikiem, raczej nie zastępuje się go zaimkiem i bardzo rzadko stosuje podmiot domyślny, co niewątpliwie ułatwia dzieciom śledzenie akcji. Oto dwa fragmenty z pierwszej książeczki serii, „Kicia Kocia gotuje”: Przed pracą w kuchni Kicia Kocia wrzuciła klocki do klockowego pudełka. Kicia Kocia odłożyła książkę na książkową półkę. Kicia Kocia poskładała wszystkie zabawki. (…) Kicia Kocia była w siódmym niebie! Ciasteczka były słodkie i kruche. Ciasteczka były pyszne. Jak widać, prosta składnia nie oznacza prostego i ubogiego słownictwa. Przeciwnie, autorka używa złożonych przymiotników typu „książkowy”, a nawet frazeologizmów typu „być w siódmym niebie”.

Niestety, późniejsze odcinki serii wyraźnie różnią się od tych pierwszych. Oto fragment książeczki „Kicia Kocia poznaje strażaka”: Pan, który przyszedł do Kici Koci, wygląda bardzo miło, ale co on może wiedzieć o strażakach?, a to dwa zdania z książeczki „Kicia Kocia w kosmosie”: Jak polecę w kosmos – mówi Kicia Koci – ubiorę się w nowy czerwony dres i pójdę na spacer po Księżycu. (…) Przechadzała się po Księżycu i odkryła mały domek, w którym mieszkały księżycowe ludki. Jak widać, stopień komplikacji składniowej jest tu dużo większy, inne jest też słownictwo. W konsekwencji te odcinki są odpowiednie dla zupełnie innych dzieci niż te pierwsze. Jak widać, trudno utrzymać jednolitą konwencję językową. Na szczęście nie brakuje i takich przykładów, ale o nich następnym razem.

 

Idziemy nr 24 (662), 17 czerwca 2018 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI