21 września
wtorek
Jonasza, Mateusza, Hipolita
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

63 dni wolności

Ocena: 0
567

Wybuch powstania zastał go przy stole pingpongowym. Chwilę później gnał, by dołączyć do zrywu.

fot. arch. PWPW

Juliusz Kulesza miał jedenaście lat, gdy wybuchła wojna. Po tygodniu bombardowań ojciec przeprowadził ich rodzinę z Żoliborza do – zbudowanych niegdyś dla prezydenta Mościckiego – schronów Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW), w której pracował. To był także punkt zborny dla wielu oddziałów z Armii „Pomorze” i Armii „Poznań”. Od wymęczonych żołnierzy Julek nasłuchał się opowieści z kampanii wrześniowej. Tym bardziej uderzała go buta bijąca od Niemców na polskich ulicach.

 


TO WY ICH ZABIJACIE?

W czasie okupacji PWPW przemianowana została na Staatsdruckerei, ale oficjalne druki wciąż sygnowane były przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych i od wartownika po dyrektora pracowali tam Polacy. O ile przed wojną było to 400-500 osób, to w czasie okupacji – blisko 2 tys. To była „przechowalnia” ludzi.

Julek odebrał patriotyczne wychowanie, zarówno w domu, jak i w szkole. W wieku dziesięciu lat potrafił wymienić kilkudziesięciu generałów powstania listopadowego. Jako czternastolatek miał obowiązek stawić się do pracy. Zatrudnił się oczywiście w PWPW jako praktykant rysownik litograficzny. – Kilka godzin przed godziną „W” cały gmach PWPW obsadziło Schutzpolizei z ciężką bronią maszynową. Niemcy spodziewali się powstania, a z budynku uczynili warownię. Okazała się dla nich pułapką – mówi Juliusz Kulesza.

Otoczeni członkowie AK-owskiej grupy PWB/17, znani Niemcom na co dzień z korytarzy zakładu, nagle zaczęli obrzucać ich granatami. Niemcy uciekali w popłochu. „Gdzie komisarze?” – krzyknął dowódca drużyny Marchel ps. „Rom”. „To wy ich zabijacie?” – zapytała jedna z pracownic. „A jak mojego brata na ulicy rozwalili, to było w porządku?” – odpowiedział jej „Rom”.

Juliusz Kulesza do czasu powstania nie działał w podziemiu. Ale jak się zorientował, że od 2 sierpnia PWPW jest w polskich rękach, chwycił czapkę i wybiegł z domu. Ojciec krzyczał: Julek!, ale ten zbiegał już po dziesięć stopni. Został łącznikiem „Roma”, potem także strzelcem. W jego drużynie tylko dwóch było młodszych od szesnastoletniego Julka, reszta – doświadczeni mężczyźni.

 


RZEZIMIESZEK NA BARYKADACH

Początkowo entuzjazm powstańczy był powszechny: szewcy reperowali buty powstańców za darmo, a do zrywu dołączały rzezimieszki pokroju „Dentysty”, który nieboszczykom wyrywał złote zęby. – Nie powiedział: „niech walczą frajerzy, ja karku nie nadstawię”, ale sam chwycił za broń. Polak zwyciężył w nim hienę cmentarną. I takich „ciemnych typów” w szeregach powstania było więcej – mówi Juliusz Kulesza. – Pamiętam też naszego sąsiada, żeglarza, który na początku sierpnia nie chciał pożyczyć naszej drużynie lornetki, bo nie pochwalał zrywu. Ostatecznie dołączył do niego, i to nie na fali początkowego entuzjazmu, ale w najtrudniejszym momencie. Dostał potem Krzyż Walecznych.

„Julek” przyznaje, że strzelanie, owszem, stanowi problem etyczny. – Ale w ogniu walki nie czas na filozofowanie. Mówiąc żartobliwie, wolę trafić wroga, niż od niego oberwać – mówi. – Raz widzimy, a trafiony przez nas Niemiec czołga się ku nam ze skrzynką amunicji. Nie było wyjścia, trzeba było strzelać.

Innym razem „Rom” pociągnął szmajserem po Niemcach forsujących wejście do budynku – jednego zabił, a drugi – tylko raniony – staczał się po schodkach. „Nie wyskoczyłbyś po jego karabin?” – „Rom” zapytał „Julka”, bo tak ryzykownego rozkazu nie ośmielił się wydać. – Mogłem odmówić, bo się bałem, ale patrzyli na nas ci od „Leśnika”, z którymi rywalizowaliśmy, i to mnie zmobilizowało.

– Widok dwudziestu naszatkowanych Niemców przy jednym naszym rannym wzmagał euforię – kontynuuje Juliusz Kulesza – więc rzucając w Niemców butelkę z benzyną, zamiast regulaminowego: Hurrra! krzyknąłem: Niech żyje Polska! Ten patos do tego stopnia rozśmieszył moich kompanów, że jeden z nich – „Bogiel” – przez kilkadziesiąt lat po wojnie, dzwoniąc do mnie, zamiast się przedstawić, mówił: Niech żyje Polska.

Najbardziej dramatyczny moment walk nastał nazajutrz – 24 sierpnia, gdy trzeci dzień już bronili się z suteren, brodząc do połowy łydek w wodzie, lejącej się z popękanych rur. – To utrudniało zmianę stanowisk – wspomina powstaniec. – Początek dnia zapowiadał sukces – odpieraliśmy ataki. Ale Niemcy nasłali na nas czołg.

Już pierwszy jego pocisk uderzył w pomieszczenie, w którym był „Rom”. – Rzuciłem się do niego – relacjonuje Juliusz Kulesza. – Zataczał się, jedną ręką trzymając się za zakrwawione oko, drugą opierał się o ścianę. „Ja sobie poradzę, ratuj Bacika”. „Bacik” był ciężki i śliski od wody, ciągnęliśmy go z kolegą, upadł nam dwa razy. Gdy lekarka powiedziała nam, że nie żyje, przeraziliśmy się, że go utopiliśmy. A on był śmiertelnie postrzelony.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

- Reklama -

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 21 września

Wtorek, XXV Tydzień zwykły
Święto św. Mateusza, apostoła i ewangelisty
„Pójdź za Mną”.
+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Mt 9,9-13
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

- Reklama -

- Reklama -

- Reklama -

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter