23 października
środa
Marleny, Seweryna, Igi
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Misjonarz na Pradze

Ocena: 0
14684
– Wychowaliśmy się razem. Henryk był bardzo dobrym uczniem, studentem medycyny i lekarzem. Miał wiele zainteresowań. Skończył dwa stopnie kursu tańca, zrobił kursy ratownika i żeglarski. Pamiętam jak ks. Kobielus zabrał nas na motorze na święcenia kapłańskie do Ołtarzewa. Brat bardzo to przeżył. Po kilku latach wstąpił do pallotynów – opowiada Julia Hoser, siostra abp. Henryka Hosera.
Rodzina Hoserów związana jest z Warszawą od półtora wieku. „Encyklopedia Warszawy” wylicza trzech Hoserów: braci Piotra i Wincentego oraz Piotra syna. Wszyscy byli wielkimi ogrodnikami. To oni uratowali od ruiny Ogród Saski i znacząco wpłynęli na rozwój SGGW – największej w Polsce uczelni rolniczej. Nieprzypadkowo więc jedna z ulic w Wilanowie nosi imię Hoserów.

PRZEZ OGIEŃ I WODĘ

– Korzenie naszej rodziny wywodzą się z niemieckiego Augsburga, gdzie nasz przodek był burmistrzem miasta – mówi Julia Hoser. Za jego walkę z pożarem, który wybuchł w mieście, rodzinie nadano herb, stąd znalazły się w nim trzy języki ognia. Ten symbol znajduje się też w herbie biskupim mojego brata Henryka. Drugi z symboli, gwiazda betlejemska, pochodzi z herbu pallotynów – opowiada pani Julia.

Rodzina Hoserów z Niemiec wyemigrowała do Czech. Stamtąd znany ogrodnik Piotr Hoser przybył w 1844 r. do Warszawy i został zarządcą Ogrodu Saskiego. Ogród Saski wychodził wtedy z wieloletniego zaniedbania. Pod jego okiem rozkwitł. Piotr zbudował w nim cieplarnie, w których hodował egzotyczne kwiaty w kilkudziesięciu odmianach: azalie, begonie, kamelie, rododendrony. Do ogrodu wprowadzał nowe odmiany drzew i krzewów. – Nasz pradziadek kupił teren przy al. Jerozolimskich od ul. Marszałkowskiej do Pankiewicza. Porozumiał się ze sprzątającymi miasto i gromadzone przez 3 lata śmieci z całej Warszawy trafiały na grunt, stanowiąc potem kompost – opowiada Julia Hoser. Kiedy miasto zaczęło się rozrastać, sprzedał grunty, a nowe zakupił przy ul. Wolskiej. Tu wybudowany został rodzinny dom Hoserów. W 1939 r. kupił grunty pod ogród na Szczęśliwcach. W miarę rozrastania się produkcji rolniczej powstała spółka „Bracia Hoser”. – Firmę prowadził syn Piotra – Wincenty z braćmi, a potem mój ojciec – mówi pani Julia. – Nasi rodzice Halina i Janusz mieszkali wtedy na ulicy Wolskiej – opowiada siostra Arcybiskupa, która przyszła na świat w 1941 r. Henryk urodził się 27 listopada 1942 r. – Tata w czasie Powstania Warszawskiego został rozstrzelany na Woli. Po wojnie mama próbowała reaktywować firmę ogrodniczą. Kiedy już spłaciła długi związane z odbudową gospodarstwa po zniszczeniach wojennych, przejęło je państwo.

W tym czasie, gdy Halina Hoser zmagała się z problemami firmy, Julia i Henryk przez cztery lata, od 1946 r. mieszkali u babci, w miejscowości Kawcze pod Śremem. – Każdej wiosny Warta wylewała tak, że było widać tylko czubki drzew. Co niedziela ciocia Urszula wsadzała nas do kajaka i ruszaliśmy do kościoła. Płynąc blisko drzew, gdzie były wiry, ciocia przestrzegała: „Tylko się nie ruszajcie, bo się potopicie, a wasza mama życzy sobie, żebyście co niedziela byli na Mszy św.” – opowiada pani Julia. – Od początku mama uczyła nas, że na pierwszym miejscu w życiu ma być Pan Bóg. Potem osiedliśmy w Żbikowie, który dzisiaj jest częścią Pruszkowa, a znajduje się tu obecnie gospodarstwo ogrodnicze rodziny Hoserów. Wiosną rzeka wylewała i mama, brodząc po kolana w wodzie, też przenosiła nas przez zalaną łąkę do kościoła – wspomina pani Julia.

Henryk Hoser z siostrą Julią

W rodzinnym domu w Żbikowie mieszkało kilka rodzin z rodu Hoserów. – Zajmowaliśmy parter, a nad nami mieszkała ciocia Halina z Julią i Henrykiem – mówi Aleksander Hoser, stryjeczny brat obecnego arcybiskupa. – Z Henrykiem kąpaliśmy się w gliniance. A ciocia Halina była niezwykłą osobą, władała kilkoma językami. Mój tata żartował, że chodzi ze świętym Tomaszem z Akwinu pod pachą – opowiada pan Aleksander.

Halina Hoser była osobą o niezwykłej osobowości, która wpłynęła na życie jej dzieci. – Mama pochodziła z Chojnic, w Poznaniu skończyła wyższą szkołę ekonomiczno-handlową. Mówiła po niemiecku, francusku i po angielsku. Kiedy brat chciał służyć do Mszy św., mama uczyła go w domu ministrantury po łacinie. Przy stole pokazywała, co należy robić w określonych momentach liturgii. Przysłuchiwałam się temu uważnie. Na Msze św., nabożeństwa majowe i październikowe chodziliśmy wtedy do kaplicy sióstr westiarek w Duchnicach. Tu mieliśmy dużo bliżej niż do parafialnego kościoła. Kiedy brat czasem czegoś zapomniał po łacinie, służąc do Mszy, wtedy szeptem mu podpowiadałam – wspomina Julia Hoser.

W kaplicy westiarek Mszę św. sprawowali oo. pallotyni. – Pamiętam, jak któregoś razu ks. Stanisław Kobielus wsadził nas na motor i pojechaliśmy na święcenia kapłańskie do seminarium w Ołtarzewie. Brat zwykle nie mówił o swoich odczuciach, ale zauważyłam, że bardzo duże wrażenie zrobili na nim klerycy leżący krzyżem na posadzce i śpiewana litania do wszystkich świętych.

Do szkoły średniej rodzeństwo Hoserów chodziło w Pruszkowie. Było to Liceum Ogólnokształcące im. Tomasza Zana. Henryk wybrał klasę z rozszerzonym językiem francuskim. Na maturę jako przedmiot dodatkowy wybrał łacinę, której uczył się od mamy i jak sam mówił „na kompletach”. – Zdał z wynikiem bardzo dobrym. Był bardzo zdolny, ale mniej pracowity niż ja. Piątkę miał zawsze z języka polskiego, który bardzo lubił – opowiada Julia Hoser. Przez ostatnie pół roku dojeżdżał z Warszawy, gdzie rodzina wyprowadziła się do mieszkania w bloku. Jak sam później powiedział, o wyborze medycyny zdecydowała lektura książki Maxenca van der Meerche’a „Ciała i dusze” oraz wizyty w ich domu znajomego studenta medycyny.


DO TAŃCA I DO RÓŻAŃCA

– Przyjaźniliśmy się, byliśmy na roku, w jednej grupie – wspomina prof. Andrzej Radzikowski. – Heniek był niezwykle zdolny. Ja również miałem dobre oceny, ale potrzebowałem cztery razy więcej czasu na naukę niż on. Szybko zapamiętywał materiał, nie należał do osób, które tylko siedzą w książkach – mówi prof. Radzikowski. – Angażował się w sprawy uczelni. Wśród kolegów na studiach cieszył się sporym autorytetem, był przewodniczącym Uczelnianego Sądu Koleżeńskiego Zrzeszenia Studentów Polskich. – Lubił muzykę poważną. Świetnie tańczył – wspomina prof. Radzikowski. Skończył dwa stopnie kursu tańca w znanej szkole Braci Sobiszewskich. – Miał taką nadzwyczajną cechę, którą starałem się za nim nieudolnie naśladować. Na zabawach tańczył z tymi dziewczętami, które stały pod ścianą, przez nikogo nieproszone – wspomina prof. Radzikowski.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 23 października

Grzech nie powinien nad wami panować,
skoro nie jesteście poddani Prawu, lecz łasce.

Dziś w Kościele:
środa, XXIX tygodnia zwykłego 
+ wspomnienie św. Jana Kapistrana i św. Józefa Bilczewskiego (bp)
+ Czytania liturgiczne (rok C, I): Rz 6,12-18, Ps 124, Łk 12,39-48
+ Komentarz Bractwa Słowa Bożego do czytań

Po Anielskiej serii przypomnieliśmy Spotkania z Aniołami - seria I (co dzień nowy odcinek)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



Najczęściej czytane komentarze



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -