20 stycznia
sobota
Fabiana, Sebastiana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Narodziny w Auschwitz

Ocena: 4.9
2650

Tylko proszę nie mówić, że w obozie koncentracyjnym jako położona uratowała trzy tysiące dzieci, bo nikt w to nie uwierzy – słyszy od dziennikarzy.

fot. ks. Paweł Kłys/Idziemy

– Mąż Stanisławy Leszczyńskiej był rodzonym bratem mojego dziadka – mówi Maria Stachurska, realizatorka filmów dokumentalnych, prywatnie mama Anny Lewandowskiej i teściowa słynnego Roberta oraz liderka wspólnoty Dzieci Maryi w parafii Najświętszego Zbawiciela w Warszawie. I krewna sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej, o której przygotowuje teraz film „Położna”.

W czasie I wojny światowej mieszkająca w Łodzi 18-letnia Stanisława uczyła się i pracowała. W wieku 20 lat wyszła za mąż za Bronisława Leszczyńskiego. Urodziła czworo dzieci: Sylwię, Bronisława, Stanisława i Henryka. „W domu była piosenka, śpiew, dowcip, pocałunek (…) Małe niebo” – wspominał najstarszy z synów.

Kiedy dzieci były jeszcze małe, ukończyła Państwową Szkołę Położniczą w Warszawie. – Położnictwo było jej powołaniem, do rodzących biegła kłusem – mówi Maria Stachurska. – Gdy dzwonek do drzwi zaskoczył ją w nocy i założyła tylko jeden but, modliła się: „Maryjo, załóż choć jeden pantofelek, ale przybądź z pomocą”. Nigdy się nie zawiodła. Zaraz po uzyskaniu dyplomu wstąpiła do kościoła Wizytek i powierzyła swój zawód Matce Bożej. Przysięgła, że jeśli straci choć jedno dziecko, przestanie go wykonywać. Wchodząc do domu rodzącej, czyniła znak krzyża nad sobą, nad matką, a potem nad urodzonym dzieckiem. I tak przez 38 lat, do emerytury.

Raz zdarzył jej się trudny poród. Wezwano lekarkę, by wypisała akt zgonu dziecka. Chłopiec urodził się w zamartwicy. – Stanisława nie dała za wygraną: zażądała misek z gorącą wodą i przerzucała go z jednej do drugiej, modląc się przy tym. Kiedy dziecko odzyskało funkcje życiowe, lekarka powiedziała: „Nic z tego nie rozumiem. Ja w Boga nie wierzę, ale jeśli wy wierzycie, to Mu podziękujcie”. Dziś ten chłopiec ma 60 lat, poznałam go – mówi Maria Stachurska, którą na świat także przyjmowała Stanisława Leszczyńska.

Podczas II wojny światowej cała rodzina działała w konspiracji. Mąż Stanisławy był zecerem w drukarni, wyrabiał fałszywe dokumenty dla podziemia. Zatrudnił się jako kontroler w tramwaju i podrzucał je do getta. Jeden ze współpracowników wydał go i Bronisław z dwoma synami trafili do KL Matthausen-Gusen, a Stanisława z Sylwią do Auschwitz II, czyli do Birkenau.

Przebywała tam od 17 kwietnia 1943 r. do 27 stycznia 1945 r. Do czasu jej przyjazdu wszystkie urodzone w obozie dzieci były zabijane. Stanisława była zatrudniona przy wożeniu gliny taczkami, gdy dowiedziała się, że jedna z położnych zachorowała. Zastąpiła drogę osławionemu dr. Mengelemu i powiedziała, że chce zająć jej miejsce, pokazując przemycone dokumenty położnej. – Dlaczego jej nie zabił? – zastanawia się Maria Stachurska. – Potem jeszcze wielokrotnie stawiała mu się, miał chyba szacunek dla jej postawy. Raz powiedziała mu, że nie będzie topić nowo narodzonych dzieci w beczce i rzucać na pożarcie zwierzętom, m.in. dlatego, że szanuje przysięgę Hipokratesa, którą on, Mengele, złożył na początku drogi zawodowej. Uratowała 3 tys. dzieci. Tyle samo razy groziła jej kara śmierci.

Rodzących w Auschwitz II było dużo, kilka dziennie. Rodziły na ceglanym piecu w kształcie kanału. Brakowało wody, roiło się od robactwa i szczurów, obok leżały chore na czerwonkę, dur, tyfus. Mimo to porody odbywały się bez komplikacji, nie wdawała się żadna infekcja. „Jak to możliwe! – wykrzyknął Mengele. – Nawet w najlepszych obozach się to nie zdarza!”.

Stanisławie wszczepiono tyfus. W Boże Narodzenie rozdzielała między chorych paczkę żywnościową od rodziców. Groziła za to śmierć. Kiedy w drzwiach stanął Mengele, przetrzymała go wzrokiem, a on powiedział: „Przez chwilę w tym piekle poczułem się człowiekiem”. I poszedł.

Żydowskie noworodki były skazane na powolną śmierć głodową w ramionach matek. Dzieci jasnowłose i niebieskookie przeznaczone były do wychowania w Niemczech. „Mateczka”, jak nazywano Stanisławę, tatuowała je, by kiedyś matki mogły je odnaleźć i rozpoznać. Mówili na nią „anioł dobroci”, przy niej człowiek czuł się spokojny, nie czuł lęku – wspominał jej syn Henryk. Gdy inni się załamywali, ona organizowała nabożeństwa. Przychodziły na nie także Żydówki.

Do dziś do rodziny Stanisławy przychodzi wiele listów opisujących spotkania z nią i świadectwa wysłuchania modlitwy za jej wstawiennictwem. – Na jej pogrzebie w 1974 r. było sześćdziesięcioro ludzi, których ocaliła jako dzieci – mówi Maria Stachurska. – Od 1992 r. trwa jej proces beatyfikacyjny.

Mówiła, że nie ma takich warunków, w których można zmusić kogoś do zabicia dziecka. W „Raporcie położnej z Oświęcimia” pisała: „W obozie koncentracyjnym wszystkie dzieci – wbrew przewidywaniom – rodziły się żywe, śliczne i tłuściutkie. Natura, przeciwstawiając się nienawiści, walczyła o swoje prawa uparcie, niezłomnymi rezerwami żywotności”.

– Nie była „babcią śmieszką” – wspomina Maria Stachurska, która wiele przebywała w jej domu. – Na jej córce Mengele przeprowadzał eksperymenty, Sylwia dwa razy kierowana była do komory gazowej. Cudem przeżyła, potem została lekarką i wyszła za Niemca. Z obozów ocaleli mąż i synowie Stanisławy. A ona wierzyła, że to dlatego, iż w Auschwitz nie zabiła żadnego dziecka.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły