24 stycznia
czwartek
Felicji, Franciszka, Rafała
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Na chwałę medycynie

Ocena: 4.7
6279

Mistrz chirurgii, człowiek wielkiej miary, głęboko wierzący, przyczynił się do uratowania przed likwidacją szpitala – mówią o doktorze Jerzym Goliszewskim pracownicy Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Urazowej św. Anny w Warszawie.

W hallu Oddziału Chirurgii Ogólnej i Gastroenterologicznej szpitala przy ul. Barskiej leży na stoliku „Księga pamiątkowa”. Od lutego 2013 r. zapisywana jest podziękowaniami od pacjentów: dla pełniącego obowiązki ordynatora dr. Jerzego Goliszewskiego, imiennie dla każdego z pracujących tu lekarzy i pań pielęgniarek. Jak mówi dr Włodzimierz Jóźwiak, pomysł został zrealizowany na prośbę pacjentów. Rzecz niecodzienna, bo w placówkach służby zdrowia pacjenci skorzy byliby raczej prosić o wyłożenie książki skarg i zażaleń.

– Zostałem odzyskany z „tamtego świata”, operacja była bardzo trudna, a skutki nie do przewidzenia. Operował mnie dr Lipski, a opiekę sprawuje dr Goliszewski, fantastyczny lekarz i człowiek. Wiele rzeczy potrafi wykryć, nie patrzy tylko na wyniki badań, ale „czuje” pacjenta. Jest tu na oddziale bardzo przez chorych ceniony, za stosunek do nas. Pacjenci nie mogą się go nachwalić – mówi leczony na oddziale Wojciech Wolniewicz.

 

Kapitan schodzi ostatni

W gabinecie doktora Goliszewskiego wiszą na ścianie portrety wszystkich pięciu ordynatorów kierujących oddziałem. – Byłem zastępcą każdego z moich poprzedników – mówi dr Goliszewski. Kiedy w marcu został szefem oddziału, zaraz zamówił tableau ze wszystkimi dotychczasowymi ordynatorami.

Zawsze dbał o dobre imię szpitala, a o innych potrafi mówić tylko dobrze. Od pozostałych pracowników szpitala można się dowiedzieć, jak ratował szpital i oddział. W ubiegłym roku Urząd Marszałka Mazowsza, któremu podlega szpital, zdecydował o jego likwidacji. Gigantyczne zadłużenie, przekraczające 150 mln zł, przypisywano złemu zarządzaniu placówką przez ówczesną dyrektor. Wielu pracowników szpitala poszukało sobie zatrudnienia w innych miejscach. Doktor Goliszewski został w oddziale z okrojoną obsadą lekarską.

– Nie miał w ubiegłym roku wakacji. Ciągnął bez przerwy po trzy-cztery dyżury. Postawił się dyrekcji: „Proszę mi pokazać dokument, że oddział będzie zamknięty”. Nikt nie odważył się podpisać, że zamyka się oddział – mówią anonimowo pracownicy szpitala. Doktor Goliszewski zebrał nowy zespół lekarski.

– Włożył wiele pracy, by odbudować oddział. Bardzo dba o wizerunek szpitala – mówi Małgorzata Mróz, pielęgniarka oddziałowa z izby przyjęć.

 

Bohater codzienności

Przed dwoma laty dr Goliszewski odznaczony został medalem Gloria Medicinae (Chwała medycyny). Laureatami tego najwyższego odznaczenia Polskiego Towarzystwa Lekarskiego zostają lekarze o wybitnych osiągnięciach naukowych i praktycznych. Tacy, którzy swoją postawą życiową budują szacunek dla zawodu lekarskiego.

– Wybrani, zgodnie z regulaminem, są bohaterami codzienności – mówił podczas uroczystości na Zamku Królewskim sekretarz kapituły medalu prof. dr Tadeusz Tołłoczko. W uzasadnieniu nagrody dla dr. Goliszewskiego podkreślano jego niezwykłą ofiarność i oddanie chorym.

– Lekarz powinien leczyć nie tylko ciało, ale i duszę; ważny jest kontakt z pacjentem, empatia, umiejętność odczytywania oczekiwań chorego – mówi dr Jerzy Goliszewski. – Pacjenta trzeba umieć dobrze słuchać, nie za dużo mówić. Nie wszystko da się przełożyć na „strassen diagnose” (diagnozę na podstawie dokumentów). Pacjent musi mieć do nas zaufanie – ocenia. – To prawda, że jesteśmy zawaleni nadmiarem dokumentów, jak mówimy: zamiast leczyć, „procedujemy”, ale czas dla pacjenta trzeba znaleźć, to jest nasze powołanie i taki mamy obowiązek – podkreśla.

Do tego powołania przygotowało go całe życie. Urodził się w 1937 r. w Częstochowie. Jeszcze przed wojną rodzice zamieszkali w Warszawie. Ojciec był absolwentem szkoły wojskowej. – Został zamordowany w Starobielsku. Tam spoczywa we wspólnej mogile z innymi żołnierzami – opowiada dr Goliszewski. Mama wróciła z synem do rodzinnego domu w Częstochowie. Tu spędził dzieciństwo, skończył szkołę i zdał maturę. Tu wyczynowo uprawiał sport: szermierkę i siatkówkę, grał w hokeja. Życie rodziny w jakiś sposób koncentrowało się wokół Jasnej Góry. – Brat prababci był przeorem klasztoru. Dziadek działał w Sodalicji Mariańskiej. Pamiętam z dzieciństwa, jak prowadzał mnie za rękę na Jasną Górę – wspomina dr Goliszewski.

Sprawy Polski wszystkim leżały na sercu, taką atmosferą przesiąkał i on. Przodkowie rodziny ze strony mamy i taty walczyli w powstaniach listopadowym i styczniowym. Dziadek był komendantem AK w okręgu częstochowskim, w którym działali też wujowie.

– W domu dziadków odbywały się tajne wykłady Uniwersytetu Zachodniego – opowiada dr Goliszewski. W rodzinie było wielu lekarzy, więc wybór zawodu stał się niejako kontynuacją rodzinnej tradycji, ale dostać się na Akademię Medyczną ze względu na ojca nie było łatwo.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
  

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -