Msze za Ojczyznę, które szczególną popularność zyskały w czasie stanu wojennego, były inicjatywą ks. Teofila Boguckiego. To także on odkrył potencjał ks. Jerzego Popiełuszki. Czy był męczennikiem?

Było już po pogrzebie ks. Popiełuszki, gdy ks. Bogucki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, trafił do szpitala. Towarzysząca mu s. Krystyna Włodarska nocą obserwowała także monitory aparatury pozostałych pacjentów na „erce” i gdy jeden z nich zaczął umierać, pobiegła po pielęgniarkę. Przybiegła też lekarka dyżurna, roztrzęsiona, bo chorym był jej ojciec. Gdy zabrano go do innej sali, gdzie bezskutecznie próbowano przywrócić pracę serca, ks. Bogucki skinął na s. Krystynę, by lekarce włożyła do kieszeni obrazek z ks. Jerzym, a jemu samemu przyniosła różaniec. – Podczas modlitwy o uzdrowienie proboszcz nagle umilkł – mówi siostra – a kiedy spytałam, czy właśnie złożył swoje życie w ofierze, tylko do mnie mrugnął. Gdy skończyliśmy, usłyszeliśmy triumfalny okrzyk lekarzy.
– Uradowana lekarka podbiegła do nas i zapytała, kim jest człowiek z obrazka – mówi s. Krystyna. – Proboszcz wyjaśnił, że to męczennik, który zginął za prawdę i który wstawił się za jej tatą. Wcześniej mężczyzna dwukrotnie odmówił sakramentu chorych, a rano sam poprosił o spowiedź. Proboszcz wezwał mnie wtedy: „Siostro Krysiu, będę odchodził, proszę zrobić wypłaty pracownikom, a ode mnie przyjąć ten różaniec i mój zegarek”. Nie chciałam zegarka, uważałam, że należy się któremuś z jego bratanków. Gdy jednak okazało się, że mój własny całkiem się popsuł, i spojrzałam na ten po proboszczu, zauważyłam, że wskazówki stanęły na godzinie jego śmierci.
PROMOTOR KS. JERZEGO
– Nie byłoby ks. Popiełuszki, jakiego znamy, bez ks. Boguckiego – mówi s. Krystyna, która opiekowała się ks. Teofilem w ostatnich latach jego życia. – W razie potrzeby delikatnie go prostował, z zalęknionego chłopaka uczynił orła. Wzajemnie się u siebie spowiadali, proboszcz wyciągał ks. Jerzego z tarapatów, gdy bezpieka deptała mu po piętach. Boleśnie przeżył jego porwanie i śmierć. W podziemiach kościoła utworzył muzeum „naszego męczennika”, jak o nim mówił.
Wcześniej ks. Popiełuszko posługiwał w kilku parafiach, ale stan zdrowia, które stracił w wojsku, coraz bardziej mu to utrudniał. Jednak ks. Boguckiego to nie zrażało. „Nie szkodzi, że chory. Śpiewać lubi?” – zapytał młodego kapłana w 1980 r. „Właśnie nie bardzo” – odparł tamten. „A spowiadać?”. „Tak”. „To dobrze, bo ludzi do spowiedzi dużo. Przyjmuję księdza całym sercem”. „Ale ja dziś przyszedłem tylko zapytać, Prymas nic o tym nie wie”. „Ja w kurii wszystko załatwię” – zapewnił ks. Teofil, i załatwił. – Mawiał, że młodym nie wolno podcinać skrzydeł – wspomina s. Włodarska. – Pozwolił mu je rozwinąć. Dziwiłam się, że ks. Jerzy poprosił o przyjęcie go jako rezydenta właśnie u nas, a on twierdził, że odnajdzie się przy proboszczu znanym z patriotycznych kazań.
W 1980 r. ks. Bogucki wydał broszurkę „Gwiazdy Warszawy w koronie Królowej Polski”, w której przybliża postacie zasłużone dla chwały stolicy i całego narodu. To za jego sprawą w żoliborskiej świątyni i na jej murach przybyło wojennych tablic pamiątkowych. On wreszcie w karnawale Solidarności zainicjował Msze za Ojczyznę, przywracając przedwojenny zwyczaj modlitwy za Polskę i za prezydenta RP po każdej sumie. – Z pewnością ważną inspirację stanowiła pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski – wspomina ks. prałat dr Marcin Wójtowicz, wikariusz w parafii św. Stanisława Kostki w latach 1981–1985. – Pierwsza taka Msza za Ojczyznę miała miejsce 22 lutego 1981 r. Początkowo miały charakter lokalny, ale potem nabrały wymiaru nawet ogólnokrajowego.
– W swoich kazaniach surowym i ostrym językiem upominał się o prawa człowieka; przy tym skupiał w sobie cnoty i najlepsze tradycje polskości – wspomina ks. Jan Sikorski, który po śmierci ks. Jerzego i w czasie hospitalizacji ks. Teofila przejął opiekę nad comiesięcznymi Mszami.
Zachował się stenogram liturgii z 25 lipca 1982 r., przed którą proboszcz zapewnił, że owe Msze odprawiane są wyłącznie „ku chwale Boga i dobru Ojczyzny”, która „jest nam matką, tym droższa, im bardziej pogrążona w niedoli, smutku i żałobie”. W homilii mówił o krwi, która wsiąkła w polską ziemię w 1920 r. i w czasie wojny, i o krwi Kainowej, która polała się po 13 grudnia 1981 r. zarówno po stronie „sprawiedliwych”, jak i „upojonych szałem nienawiści, działających pod rozkazem”. „Padło ich niewielu, (…) ale każdy z nich jest nam drogi, (…) bo każdy z nich jest naszym bratem, jest Polakiem” – mówił, przestrzegając przed odwetem.
PROROK I PATRIOTA
Święci nie biorą się znikąd, a wzorem świętości dla ks. Jerzego był jego proboszcz. Zresztą wzajemnie się uświęcali. – Obaj nosili obrączki z grawerunkiem „Bóg i Ojczyzna”, ta ks. Boguckiego od wewnątrz miała jeszcze napis „Rycerz Chrystusa i Niewolnik Maryi” – mówi s. Krystyna. – Obaj też przypinali do sutanny Orła w koronie.
Gdy w stanie wojennym Msze za Ojczyznę przejął ks. Jerzy, ks. Bogucki zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie to ściąga na młodego kapłana. – Czuł się za niego odpowiedzialny i starał się go chronić, dlatego gdy rankiem 13 grudnia na plebanię przyszło dwóch mężczyzn i pytało o „obywatela Popiełuszkę”, zręcznie ich odprawił – wspomina ks. Wójtowicz. – Nigdy nie tracił zimnej krwi. Tego samego dnia mieliśmy odprowadzić do sąsiedniej parafii Dzieciątka Jezus peregrynującą kopię obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Zastanawialiśmy się, czy uczynimy to procesjonalnie, bo zabronione były wszelkie zgromadzenia. „Procesja się odbędzie” – oświadczył zdecydowanie ks. prałat. Szło w niej kilka tysięcy wiernych!
Kiedy nazajutrz po porwaniu ks. Jerzego ks. Wójtowicz przekazywał ks. Boguckiemu w Szpitalu Bródnowskim wszystko, co było na temat porwania wiadomo, ten odparł słabym głosem: „Skoro wrzucili go w worku do bagażnika samochodu, to nie po to, żeby darować mu życie”. – Na pogrzebie ks. Jerzego powiedział prorocze słowa: „Dzisiaj ziemia polska otrzymała nowego bohatera narodowego i nowego męczennika. Na taki pogrzeb z udziałem Prymasa, biskupów i niezliczonej rzeszy wiernych zasługuje tylko człowiek wielki albo święty”. To pokazuje, jak miał szerokie i patriotyczne spojrzenie – mówi ks. Wójtowicz.
OJCZULEK
Z ks. Jerzym łączyła ks. Boguckiego wrażliwość na drugiego człowieka. – Kiedyś, godzinę przed rozpoczęciem Mszy za Ojczyznę, przyszedł do zakrystii biedny – opowiada s. Krystyna. – Zimno, śnieg z deszczem, a temu buty z odłażącymi zelówkami trzymały się tylko na sznurówkach. Proboszcz zdjął swoje i mu dał, a sam poszedł do konfesjonału w kapciach. Bałam się, że się przeziębi, poza tym jak potem do ołtarza bez butów? Znalazłam jakieś w szafie. Kilka dni później na plebanię przyszedł kolejny biedny i tym razem sytuacja się powtórzyła, tylko z udziałem ks. Jerzego. Proboszcz został na zimę bez ciepłych butów, więc ks. Popiełuszko przywiózł mu takie na kożuszku z darów na Żytniej. Ksiądz Teofil trzymał je zawsze na widoku, „bo to od ks. Jurka”.
Niektórzy mówią, że wolał być w cieniu. Gdy wrócił ze szpitala, ks. Sikorski, zastępujący go w organizacji Mszy za Ojczyznę, prowadził właśnie naradę na temat kolejnej. – Gdy prałat wszedł, zerwałem się z jego miejsca, na co on zaprotestował: „Proszę zostać, ja usiądę z boku” – wspomina duchowny. – Poza tym miał aparycję kasztelana: był dostojny i rubaszny, wzbudzał sympatię.
W ustach tych, którzy wypowiadają się na temat ks. Boguckiego, jako jedno z pierwszych określeń pojawia się „ojciec”. – Był prawdziwym ojcem parafii – wspomina ks. Mirosław Wasiak, który w 1982 r. jako diakon odbywał w niej praktyki. – Wymagający, ale traktował wszystkich z szacunkiem; miał swoje zdanie, ale go nie narzucał; w słowach powściągliwy, wolał działać. Człowiek z klasą.
Ojcowsko-synowską duchową relację księży wyczuwał także Jan Paweł II – mówi ks. dr Wójtowicz. – Kiedy podczas pielgrzymki parafialnej do Rzymu w kwietniu 1981 r. dowiedział się, że jesteśmy z Żoliborza, wręczył nam dwa różańce: jeden dla ks. Jerzego, drugi dla ks. Boguckiego.
Umierającego ks. Boguckiego za rękę trzymała s. Krystyna. Jak zawsze w chwilach jego słabości zwracała się do niego „ojczulku”. Choć kwaterę miał wykupioną na Powązkach, pochowano go na placu kościoła św. Stanisława Kostki. – Kardynał Glemp powiedział mi, że ojciec i syn mają leżeć koło siebie – wspomina zakonnica. – Na Żoliborzu tak właśnie byli postrzegani; albo jak mistrz i uczeń, którzy wspólnie tworzyli historię i obaj umarli w ofierze. Polsce pozostaje życzyć ludzi takich jak oni: odważnie broniących wiary i wartości chrześcijańskich, a Polakom – by zło zwyciężali dobrem.




Co? Gdzie? Kiedy?
