Powiedzenie „Kiedyś to było!” – jak ulał pasuje do reprezentacji Polski księży w piłkę nożną, którzy w Roku Jubileuszowym 2000 zachwycili papieża i pokonali Gwardię Szwajcarską.

Ksiądz, który gra w piłkę? Wielu duchownych ma smykałkę do najpopularniejszego sportu. Na przełomie epok – kiedy upadała PRL, a powstawała III RP – do życia powołano oddolnie reprezentację księży w piłkę nożną. Budziła ciekawość, odnosiła sukcesy i ewangelizowała radością i szacunkiem dla przeciwnika. Ostatnio, w kolejną rocznicę wyboru papieża z Polski, spotkali się w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Radzyminie jeszcze raz.
TRZY POKOLENIA
Zaczęło się od meczu z dziennikarzami w 1989 r., który księża rozegrali koncertowo. Cztery bramki strzelone, zero straconych. Trzon drużyny zwycięskiej stanowili wtedy kapłani wyświęceni w latach 80. i klerycy, którzy później przyjmowali święcenia w pierwszej połowie lat 90. Jak wspomina ks. Adam Zelga, budowniczy i były proboszcz parafii bł. Edmunda Bojanowskiego na warszawskim Ursynowie, spotkali się księża reprezentujący trzy pokolenia: „późny Wyszyński”, „wczesny Glemp” i „późny Glemp”. Była to grupa ludzi nadających na tych samych falach. – Umieliśmy czerpać radość z rozgrywanych meczów, ze wspólnych spotkań na boisku i poza nim. Była to doskonała okazja do budowania braterskich więzi wśród kapłanów – dodaje.
– W tamtych latach było mnóstwo chłopaków, którzy interesowali się futbolem. Jako młodzi ludzie chodziliśmy na mecze reprezentacji Polski czy na Legię, a po szkole na boisko kopać piłkę. Przełożyło się to na nasze późniejsze zaangażowanie we wspólną grę – stwierdza ks. Mariusz Zapolski, obecnie proboszcz parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Pruszkowie. To właśnie on był jednym z pomysłodawców i koordynatorów wspólnoty kapłanów, którzy przez ponad dekadę trenowali na boiskach w Warszawie i okolicy, by później rozgrywać mecze z amatorskimi drużynami. Były to mecze z reprezentantami różnych grup zawodowych: ze strażakami, policjantami czy aktorami.
– Najmilej wspominam mecz z reprezentacją Policji, który rozegraliśmy na Torwarze. Wygraliśmy wtedy 5:3, a ja strzeliłem kilka bramek – mówi ks. Krzysztof Ziółkowski, obecnie budowniczy i proboszcz Sanktuarium św. Jana Pawła II w Radzyminie. Podkreśla, że to nie wynik był motywacją do wspólnych spotkań. – W naszych meczach nie brakowało emocji, a nierzadko aż kości trzeszczały, a mimo to nigdy nikt nie dostał czerwonej kartki – stwierdza ks. Grzegorz Mioduchowski, obecnie proboszcz parafii Matki Bożej Królowej Polski w Wołominie. Panował duch fair play. Na boisku liczyło się to, co w życiu: wspólnota, pasja i zdrowa rywalizacja.
Choć grali amatorzy, to każdy chciał dać z siebie jak najwięcej. – Ziółkowski to znakomity rozgrywający, miał doskonały przegląd pola. Taki nasz Deyna – komplementuje ks. Krzysztofa starszy kolega z boiska ks. Zelga. W drużynie było jeszcze kilku innych, którzy mieli doświadczenie gry w drużynach amatorskich z czasów szkolnych. To m.in. ks. Bogusław Kowalski, obecnie proboszcz parafii Nawrócenia św. Pawła na Grochowie, znany kibic, grający z numerem 9 na koszulce w reprezentacji księży, czy wspomniany ks. Zapolski, który swego czasu pełnił też funkcję kapelana Legii Warszawa i reprezentacji Polski w piłkę nożną. Niektórzy wykorzystywali nie tylko wcześniejsze doświadczenie, ale też swoje warunki fizyczne. W obronie bardzo często występowali ks. Mioduchowski, który pełnił też funkcję kapitana (jednego z trzech, obok ks. Zapolskiego i ks. Stanisława Śmigasiewicza) i lidera drużyny w defensywie, oraz ks. Jacek Turek, obecnie proboszcz parafii Błogosławionych Męczenników Podlaskich w Tłuszczu. – Ze mnie wielkiego piłkarza nie było, występowałem raczej jako zmiennik – ocenia z pokorą ks. Zelga.
W RZYMIE
Kulminacyjny moment dla drużyny księży stanowił rok 2000. Kościół obchodził Rok Święty. W październiku Jan Paweł II miał spotkać się z przedstawicielami świata sportu na Stadio Olimpico w Rzymie. Reprezentacja Włoch rozegrała wtedy pokazowy mecz z reprezentacją Reszty Świata. Ksiądz Mariusz Zapolski postanowił zorganizować wyjazd reprezentacji księży z Polski na uroczystości jubileuszowe do Rzymu. – Chcieliśmy zmierzyć się z drużyną z Watykanu. Bardzo pomógł nam ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz – wspomina. – Papieski sekretarz kard. Stanisław Dziwisz zadzwonił do mnie z Watykanu i potwierdził zaproszenie.
Z kraju ruszył autokar, i to nie byle jaki, bo oficjalny autokar reprezentacji Polski, który dzięki życzliwości PZPN zawiózł księży do Rzymu. Na pokładzie – ponad 50 osób, księża i świeccy. Wśród nich trzech byłych reprezentantów Polski: Robert Gadocha, Stanisław Terlecki i Roman Kosecki, którzy przed wyjazdem zabrali się za trenowanie kadry duchownych. Wyjazd stał się wydarzeniem medialnym, a o reprezentacji Polski księży zrobiło się głośno w polskich i włoskich mediach.
Nasi księża, ubrani w oryginalne trykoty reprezentacji Polski, zagrali wtedy dwa mecze: z reprezentacją Gwardii Szwajcarskiej i reprezentacją Watykanu. Obie drużyny miały amatorski charakter, ale w meczach księża musieli zmierzyć się z zaskakującymi sytuacjami. – Szwajcarzy, młodzi, wysocy, dobrze się prezentowali – mówi ks. Zelga. Wydawało się, że nie będziemy mieli z nimi szans. Jednak wygraliśmy aż 8:1! – podkreśla z dumą. – Wszyscy myśleli, że przyjadą do Watykanu księża z brzuszkami, a tu pojawili się w miarę młodzi i pokazali kawał futbolu – dopowiada ks. Zapolski.
O ile Szwajcarzy zaskoczyli swoją boiskową nieporadnością, o tyle z dużo lepszej strony pokazali się reprezentanci Watykanu. – Mieli z nami zagrać świeccy pracownicy kurii, poczty czy policji i okazało się, że ci amatorzy zaprezentowali się świetnie – wspomina ks. Zapolski. Do przerwy księża przegrywali 1:0, a to i tak dzięki doskonałej postawie na bramce ks. Krzysztofa Wasiaka, obecnie proboszcza parafii św. Stanisława w Godzianowie w diecezji łowickiej. W drugiej połowie udało się jednak nadrobić zaległości, m.in. dzięki doskonałej postawie ks. Kowalskiego. Po wyrównującej bramce księża mogli zejść z boiska z poczuciem ulgi i radości.
NAJWAŻNIEJSZE SPOTKANIE
Pobyt w Rzymie rozpoczął się jednak od tego najważniejszego spotkania. W prywatnej kaplicy papieskiej księża koncelebrowali Mszę św. z Janem Pawłem II. Według zgodnych relacji było to doświadczenie dojmujące. – Moich kolegów rozpierała radość. Podczas konsekracji Chleba nie słychać było Ojca Świętego, lecz potężny chór trzydziestu męskich głosów – zapamiętał tę wyjątkową chwilę ks. Zelga. – Papież modli się jak mistyk. I tak sprawuje Najświętszą Ofiarę, jakby nie był z tego świata.
Druga część odbyła się w apartamentach papieskich, w których Jan Paweł II przyjął reprezentację na audiencji. Na początku Robert Gadocha, Stanisław Terlecki i Roman Kosecki w asyście ówczesnego trenera reprezentacji Polski Jerzego Engela wręczyli papieżowi kryształową kulę z napisem „Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II wdzięczni za ukazywanie drogi do prawdziwego zwycięstwa. Polscy piłkarze. Watykan, 28 października 2000 r.”. Następnie przyszedł czas na pamiątkowe zdjęcie. Papież, sfatygowany wiekiem i wysiłkiem, otoczony jest na nim gronem wyraźnie uszczęśliwionych księży.
Od pamiętnych wydarzeń minęło 25 lat. Po wyjeździe do Rzymu reprezentacja księży zagrała jeszcze kilka głośnych meczów. Dziś w większości są jeszcze aktywnymi duszpasterzami. Zawiesili jednak buty na kołku. Niektórych już zabrakło, np. zmarłego na początku tego roku ks. Ignacego Dziewiątkowskiego. Pozostali z nostalgią wspominają chwile wspólnoty i radości, w której – jak ujmuje ks. Zelga – było coś ze spełnienia dziecięcych marzeń.


Co? Gdzie? Kiedy?



