Życiorys Karoliny inspiruje nie tylko do pobożności i uczciwości, ale także do pomnażania pieniędzy i lepszego zarządzania czasem – mówi ks. dr Zbigniew Kucharski, autor książki „Ta, która poznała Jezusa”, w rozmowie z Magdaleną Prokop-Duchnowską.

Analizując okoliczności męczeństwa Karoliny Kózki z 1914 r., współpracował Ksiądz m.in. ze śledczymi od spraw kryminalnych. Czego się Ksiądz dowiedział?
Życiorys Karoliny wnikliwie badałem przez ponad 30 lat, a zainspirował mnie sam Fiodor Dostojewski. A konkretnie – sposób, w jaki pisarz poszukiwał prototypu głównego bohatera do powieści „Zbrodnia i kara”. Okazuje się, że jeździł wówczas do najcięższych więzień, by przeprowadzić psychologiczno-emocjonalną analizę zbrodniarzy, a potem – na tej podstawie – stworzyć portret głównego bohatera. Wtedy dotarło do mnie, że z taką samą dociekliwością powinno się badać postacie świętych. I tak też postanowiłem zrobić w przypadku Karoliny Kózki.
Odkryłem m.in. to, że mężczyzna, który ją uprowadził, zawlókł do lasu, usiłować zgwałcić, a potem bestialsko ją zamordował, być może nie był – jak dotąd uważano – Rosjaninem. Oprawca był wcielony do armii carskiej, a ta składała się z żołnierzy różnej narodowości. Podczas analizy wyszło także na jaw, że dużą część owej armii stanowili kryminaliści, na potęgę rekrutowani do wojska przez zaskoczonych I wojną światową Rosjan. I Karolina padła właśnie ofiarą takiego ubranego w mundur żołnierza kryminalisty, który – jak się okazało – swoją zbrodnię skrupulatnie zaplanował.
Inne odkrycie dotyczy terminu odnalezienia ciała Karoliny. Otóż okazuje się, że dziewczyna zginęła w oktawie Nowenny do św. Stanisława Kostki – który był jej wzorcem duchowym. Mając lat 16, Stanisław Kostka ciężko zachorował i bardzo pragnął przyjąć Komunię Świętą, lecz nie wpuszczono do niego kapłana, bowiem właścicielem domu był protestant. Z pomocą pospieszyła mu wtedy św. Barbara, udzielając Mu – nie w wizji, lecz w realu! – Komunii Świętej. Nie bez przyczyny jednymi z atrybutów na wizerunkach św. Barbary są hostia i kielich. W czasach prześladowań chrześcijan prawdopodobnie roznosiła ona Komunię Świętą do wspólnot chrześcijańskich zgromadzonych w domach, w których ludzie oczekiwali na przyjęcie sakramentu. Niesamowite, że ciało Karoliny Kózki, tej, która tak bardzo umiłowała zarówno Eucharystię, jak i św. Stanisława Kostkę, odnaleziono 4 grudnia, czyli w liturgiczne wspomnienie św. Barbary, które w 1914 r. wypadło w dodatku w pierwszy piątek miesiąca.
Życie świętych nazywa Ksiądz mailem Pana Boga adresowanym do współczesnego człowieka. Co zawiera ten o Karolinie?
Chociaż Karolina nie zostawiła po sobie pamiętnika, już samym swoim życiem – a częściowo ustami znających ją świadków – taki list do nas napisała. Dominujący wątek to wspomniana już miłość do Eucharystii i sakramentów. O tym, jak wielka to była miłość, niech świadczy fakt, że jako świecka, wówczas 15-letnia dziewczyna była prawą ręką proboszcza, ks. Władysława Mędrali, i przygotowywała dzieci i młodzież do Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania. W praktyce oznacza to tyle, że jako liderka życia kościelnego i katechetka realizowała soborową wizję świeckich w Kościele dziesiątki lat przed tym, jak Kościół do tego dojrzał!
Inna sprawa, że Karolina była niezwykle oczytana, ambitna i dojrzała emocjonalnie. Prowadziła wiejską bibliotekę wuja, a jak któryś z młodych podpadł jej swoim zachowaniem, szukała właściwej książki, zaznaczała w niej stosowny fragment, a potem podsuwała lekturę winowajcy, sugerując: „Przeczytaj, to dotyczy ciebie”.
W naszej świadomości Karolina istnieje przede wszystkim jako ta, która poniosła męczeńską śmierć, broniąc się przed gwałtem.
„W taki sposób zginęła przecież niejedna dziewczyna, kobieta, dlaczego beatyfikowano akurat Karolinę?” – pytają czasem ludzie. Tylko że jej nie wyniesiono na ołtarze wyłącznie z powodu męczeńskiej śmierci. Nie doszłoby do beatyfikacji, gdyby nie krótkie, ale piękne i apostolskie życie tej niezwykłej dziewczyny. Chcąc wesprzeć rodzinę finansowo, jako nastolatka najmowała się do pracy na dniówki. Kiedy kościelne dzwony wybijały godz. 12.00, odmawiała „Anioł Pański”, a na koniec dnia, gdy inni szli do domu, ona odpracowywała czas modlitwy, pracując tyle minut dłużej, ile zajęło jej odmówienie modlitwy. Pewnego razu, odbierając wypłatę, zastrzegła, że całej kwoty przyjąć jej nie wolno. „Nie wykonałam dziś swoich obowiązków dość dobrze, mogłam pracować lepiej” – tłumaczyła zdziwionym jej zachowaniem współpracownikom. Taka już była Karolina, że jak się w coś angażowała, to zawsze na sto procent.
W książce pisze Ksiądz, że miała zadatki na menedżera korporacji.
Mało osób wie, że życiorys Karoliny inspiruje nie tylko do pobożności i uczciwości, ale także do… pomnażania pieniędzy i lepszego zarządzania czasem. Zacznijmy od tego, że rodzina Karoliny – rodzice i ich jedenaścioro dzieci – unikali wydawania pieniędzy na konsumpcję. Oni te pieniądze przeznaczali na inwestycje. Dysponowali 1,2 ha ziemi, a po kilku latach tych hektarów mieli już sześć. W tak krótkim czasie – niczym rasowi biznesmeni – pomnożyli majątek rodzinny aż o 600 proc.!
Śmiem przypuszczać, że w jakiejś części to także zasługa menedżerskiego talentu Karoliny. „Przerywamy pracę” – zarządziła pewnego razu, gdy robiły coś wspólnie z mamą. „Dlaczego?” – zapytała zdziwiona rodzicielka. „Pracę, którą mama teraz wykonuje, ja wykonam tak samo dobrze. Ale już tę pracę, którą ja teraz wykonuję, mama będzie potrafiła wykonać lepiej ode mnie. Zamieńmy się, a nasz wysiłek przyniesie lepsze efekty”.
„Chłopski doktor wiary” – mówił o Karolinie ks. Mędrala.
Osobiście nigdy bym jej tak nie nazwał. Prawdą jest, że choć nie pisała rozpraw teologicznych, istotę wiary pokazywała swoim życiem. Nie poprzestawała też nigdy na poznawaniu prawd wiary, zawsze spiesząc, by przekazać je innym. To wszystko jednak w połączeniu z jej rozległą wiedzą, zaangażowaniem społecznym i umiejętnością objaśniania kwestii teologicznych każe mi myśleć o Karolinie Kózce raczej jak o wywodzącej się z klasy świętych arystokratce ducha.
Czego od Karoliny mogą uczyć się mężczyźni?
Karolina poniosła śmierć, ponieważ będący w pobliżu mężczyźni zawiedli, i to na całej linii. 18 listopada 1914 r. do domu Kózków we wsi Wał-Ruda wpadł uzbrojony żołnierz z zamiarem porwania Karoliny. Jan Kózka – dobry i troskliwy ojciec – na próżno usiłował go przekupić. Prawdopodobnie już do końca życia nie mógł sobie darować, że dał się sterroryzować i nie dość skutecznie ratował córkę. Żołdak zaprowadził Karolinę w stronę lasu, a ojciec poszedł za nimi. Karolina poprosiła: „Tatusiu, nie opuszczaj mnie”, a on – pod groźbą śmierci – zaczął cofać się w stronę domu, ale tyłem, nie spuszczając oka z córki. Kiedy już tam dotarł, z powodu głębokiej traumy zapadł się w sobie i nie mógł mówić.
Karolina próbowała uciec oprawcy, biegnąc w stronę chaszczy i bagien, ale ten w końcu i tak ją dopadł, by już nie zgwałcić, ale wściekle pociąć szablą. Scenę obserwowało z daleka dwóch chłopaków, pilnujących w lesie swoich koni. Ale nie potrafili skutecznie zareagować.
Kiedy na potrzeby wspomnianej już analizy tamtych wydarzeń miałem okazję rozmawiać z prof. Antonim Spyrą, cenionym psychologiem biznesu, zamyślił się, aż w końcu stwierdził: „Dzień śmierci Karoliny jest jednym wielkim wołaniem młodej kobiety do mężczyzn. Wołaniem, by jako mężczyźni mężczyznami faktycznie byli – by można było na nich liczyć”. Szesnastolatka walczy o czystość mężnie, odważnie i do końca, aż w końcu ginie z rąk mężczyzny, i to tylko dlatego, że żaden mężczyzna nie potrafi udzielić jej pomocy. I być może to właśnie ta tragiczna scena jest najważniejszym listem, jaki swoim życiem i wydarzeniami tamtego dnia Karolina pisze do współczesnych mężczyzn.



Co? Gdzie? Kiedy?



