Na sukces trzeba zapracować, potrzebny jest spokój i czas. Mam wątpliwości, czy nowy trener Legii jedno i drugie dostanie.

W każdym kraju na świecie są takie kluby piłkarskie. Mają jedną wspólną cechę. Nieważne, z której strony oraz z jakiej perspektywy na nie spoglądamy. Zawsze postrzegane są tak samo. Jako kluby wyjątkowe. Z różnych względów i powodów. W Niemczech to Bayern Monachium. W Hiszpanii – Real Madryt oraz FC Barcelona. We Włoszech – Juventus Turyn. W naszym kraju taką rolę odgrywa Legia Warszawa.
Nie będę pisał o trudnych emocjach, chociaż takie wokół Legii również krążą. Napiszę o jednym fakcie. Każdy rywal w Polsce na Legię mobilizuje się zawsze, i to w sposób szczególny. Tak jest i basta. Nie zmienia się także coś innego. Klub z Łazienkowskiej ma grać o najwyższe cele. Zawsze. Nie ma innej drogi. Takie podejście oznacza jedno: presja jest ogromna, często nieporównywalna z żadną inną drużyną w naszym kraju. A tę presję dźwigają wszyscy: zarządzający klubem, właściciele, piłkarze, trenerzy. Ona też sprawia, że sytuacja w drużynie bardzo często wymyka się spod kontroli. Mam wrażenie, że w tym sezonie wymknęła się już kilka razy. Późno zrobione transfery, zmiany na ławce trenerskiej – to punkty zapalne, które wskazać najłatwiej. Kiedy dodamy do tego odpadnięcie z Pucharu Polski oraz kilka bardzo poważnych wpadek w meczach Ekstraklasy, oznaczających zimowanie w strefie spadkowej, rysuje się nam obraz bliski nędzy i rozpaczy.
Pewne historie w Legii po prostu nie powinny się wydarzyć, a jeśli już do nich doszło, to potrzebny był plan ratunkowy. Plan nieco szalony, bo właśnie w taki sposób postrzegam pomysł z zatrudnieniem Marka Papszuna. To jeden z najlepszych polskich trenerów ostatnich lat. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Zna swój fach, potrafi być bardzo wymagający, a jak twierdzą niektórzy, także apodyktyczny (co w stołecznym klubie nie wszystkim musi się spodobać). Ten szkoleniowiec już był kiedyś przymierzany do drużyny z Łazienkowskiej. Trafił do niej jednak dopiero pod koniec ubiegłego roku, w dość kontrowersyjnych okolicznościach. Rzadko bowiem zdarza się w polskiej lidze taka sytuacja. Legia dosłownie wyrywała, aż w końcu wyrwała trenera jednego z głównych rywali. I to w trakcie sezonu. A trzeba pamiętać, że Marek Papszun całkiem niedawno wrócił do Częstochowy, dostał pokaźne środki na wzmocnienie drużyny i miał z Rakowem wrócić na tron. Zmienił jednak barwy, co oznacza, że nowy trener wojskowych będzie pracował pod jeszcze większą presją. Ciśnienie, jakie na co dzień towarzyszy legionistom, zostało pomnożone przez okoliczności, w jakich doszło do zmiany miejsca pracy trenera.
Im dłużej o tym myślę, tym większej nabieram pewności. Wdrożony przez Legię plan ratunkowy jest bardzo ryzykowny, a misja trenera Papszuna niezwykle trudna. Piłka nożna bywa przewrotna. Na odniesienie sukcesu trzeba solidnie zapracować. W tych działaniach bardzo przydaje się także spokój i czas. Mam jednak wątpliwości, czy nowy trener Legii jedno i drugie dostanie. Cierpliwość jest bowiem ostatnio przy Łazienkowskiej towarem mocno deficytowym.




Co? Gdzie? Kiedy?
