Jeszcze niedawno szczyty klimatyczne były wydarzeniami przyciągającymi uwagę mediów i polityków całego świata.

Spory o kształt dokumentów końcowych rozpalały emocje aktywistów, a obecność tych sporów na czołówkach wiadomości telewizyjnych sprawiała, że wszyscy sądzili, iż oto po raz kolejny ważą się losy świata. Wygłaszano płomienne przemówienia, politycy krajów bogatych zobowiązywali się do przeznaczania wielkich kwot na ratowanie klimatu, a krajów biedniejszych – oburzali się, że tamci przeznaczają tak mało. Politycy bogaci odpowiadali, że to ich kraje ponoszą największe ciężary związane z dekarbonizacją i wskazywali, że emisje CO2 w krajach biedniejszych rosną, a politycy biedni argumentowali, że oni też muszą rozwinąć swoje gospodarki i potrzebują energii, więc teraz zwiększają emisje, aby je potem zmniejszyć, a jak bogaci chcą ten proces przyspieszyć, to powinni zapłacić.
Szczególną postawę zajmowały Chiny, które produkują 1/3 światowych emisji CO2, znakomicie zarabiają na eksporcie paneli fotowoltaicznych i innych akcesoriów wykorzystywanych do produkowania „zielonej energii” i korzystają ze statusu państwa rozwijającego się, więc w dyskusji bogatych z biednymi występowały jako biedne. Wszyscy zgodnie atakowali Stany Zjednoczone, które powinny były w powszechnej opinii zapłacić za wszystko. Każda przyrzeczona przez Waszyngton kwota była zbyt mała, co skończyło się tym, że Donald Trump wycofał się z porozumień klimatycznych, określając je jako oszustwo.
Jakiś czas temu jednak zaczęto zauważać, że co prawda wszyscy masowo przyjeżdżają na kolejne COP-y, aby w blasku reflektorów i przy włączonych kamerach ogłaszać, ile miliardów lub setek milionów przeznaczają na rozmaite fundusze klimatyczne, ale pieniądze w większości się nie materializują, bo ONZ nie ma żadnej możliwości wyegzekwowania zadeklarowanych kwot. Okazywało się więc, że aby do połowy wieku osiągnąć upragnioną zeroemisyjność świata, trzeba zainwestować biliony dolarów, przyrzekano miliardy, a realnie wpłacano setki milionów.
W dodatku organizację szczytów przejęły państwa produkujące ropę naftową, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie (COP28) i Azerbejdżan (COP29), a wbrew pozorom tegoroczny organizator, Brazylia, też jest państwem naftowym. Te państwa zaczęły osłabiać radykalizm poprzednich szczytów klimatycznych, co było o tyle rozsądne, że 86 proc. światowej produkcji energii pochodzi z paliw kopalnych (dane za 2024 r.) i gdyby odejść natychmiast od ich używania, jak chcą tego rozmaici „przyklejacze”, świat pogrążyłby się w ciemnościach. Kraje biedne zaczęły więc traktować te spotkania po prostu jako jeszcze jeden sposób uzyskania pieniędzy na pomoc rozwojową, która nie musiała mieć z redukcją emisji CO2 nic wspólnego. Retorykę klimatyczną uprawiano w sposób rytualny, a jeżeli wypłacić pieniądze mogły państwa zasobne w ropę, to nierozsądnie byłoby grymasić.
Trudno się więc dziwić, że przed tegorocznym szczytem urzędnicy ONZ w wewnętrznej korespondencji zaczęli rozważać zakończenie tej formuły spotkań, które stały się jedynie okazją do tego, aby dziesiątki tysięcy uczestników (dwa lata temu w Dubaju było ich 84 tys.) spotykały się i walczyły o uwagę mediów, nie robiąc w gruncie rzeczy nic sensownego, zaś szefowie rządów wpadali na chwilę, aby wygłosić kilka przyjemnych dla ucha zdań. Reuters zacytował pewnego czynownika, który z rozbrajającą szczerością powiedział: „System nie działa. Toniemy w papierach”.
Oczywiście likwidacja szczytów klimatycznych nie jest możliwa, bo byłaby przyznaniem się do porażki. Szczyty będą się odbywały, choć ich skala i znaczenie finansowe będą coraz mniejsze. Zamiast tego postanowiono pójść w jedynym kierunku, który gwarantuje sukces, bo jest niemożliwy do zmierzenia. Używając określeń z minionej epoki: skoro są kłopoty z bazą, trzeba zająć się nadbudową. W Belem ogłoszono więc deklarację o walce z dezinformacją w kwestiach klimatycznych. Po 33 latach od pierwszego szczytu w Rio de Janeiro uznano, że trzeba się zająć przekonywaniem ludzi, iż zmiany klimatyczne są faktem, i kontrolowaniem, czy znajdujący się w przestrzeni publicznej przekaz jest zgodny z obowiązującym. Wypada mieć nadzieję, że także tego ONZ nie będzie w stanie wyegzekwować.



Co? Gdzie? Kiedy?



