Nie możemy się łudzić, że w naszym życiu coś się zmieni, jeśli będziemy działać tak jak dotychczas.

Powitaliśmy nowy rok kalendarzowy. Kończy się też Rok Jubileuszowy, potocznie nazywany rokiem nadziei. „Wszyscy mają nadzieję. Nadzieja jest obecna w sercu każdego człowieka jako pragnienie i oczekiwanie dobra, nawet jeśli nie wie, co przyniesie ze sobą jutro” – pisał w bulli Spes non confundit papież Franciszek. I widzimy to w naszym życiu: wśród tak wielu lęków i niepewności, gdy nie wiemy, co wyłoni się zza kolejnego życiowego zakrętu, to właśnie nadzieja dodaje nam sił do dalszej wędrówki, żeby wytrwać albo kolejny raz podjąć walkę, zaczynając od nowa. Nadzieja zawieść nie może, ale my też musimy dać jej szansę, aby znów nie okazała się matką głupich. Nie możemy łudzić się nadzieją, że w naszym życiu coś się zmieni, jeśli będziemy działać tak jak dotychczas, potykając się wciąż o te same kamienie. Koniec roku nadziei to dobry moment, by zrobić coś, co sprawi, że nasze nadzieje na dobre i coraz lepsze staną się faktem.
Na warsztatach, które prowadzimy z moim mężem, pod koniec prosimy uczestników o opracowanie planu działania, by w ich życiu rzeczywiście coś się zmieniło. Pierwszym krokiem jest diagnoza oceniająca różne obszary życia, by ustalić, które wymagają poprawy: relacje małżeńskie, wychowanie, finanse, sfera zawodowa, duchowość, zaangażowanie społeczne… Warto wiedzieć, na czym stoimy, bo często mamy skłonność do poprawiania tego, co działa nieźle, a omijania szerokim łukiem tematów trudnych, które funkcjonują źle. Kolejnym krokiem jest wyznaczenie sobie celów – bardzo małych, ale konkretnych i możliwych do weryfikacji. Dobrze sobie je zanotować, a jeśli to możliwe, podzielić się z życzliwymi nam osobami, bo to dodatkowa motywacja, żeby wytrwać. No i na koniec – nie poddawać się, nawet jeśli będziemy musieli wracać na ring i podejmować walkę wiele razy.
Ktoś opowiadał mi o kobiecie, która po śmierci męża znalazła jego notes z postanowieniami z ostatnich rekolekcji. Zapisał tam, że będzie próbował rzucić palenie i oglądać mniej telewizji. Kobieta zażartowała, że wiele razy to postanawiał, a i tak umarł przed telewizorem z papierosem w ręku i pewnie wydawało mu się, że po prostu zmienił kanał. Można się śmiać, ale tak naprawdę warto docenić to, że mimo tylu porażek nie zrezygnował i do końca nie stracił nadziei na poprawę.




Co? Gdzie? Kiedy?
