Każdy z nas marzy o dobrych relacjach, ta potrzeba tkwi w rdzeniu ludzkiego serca. - mówi s. dr Władysława Barbara Krasiczyńska CSSJ, psychoterapeutka, w rozmowie z Ireną Świerdzewską

Jedni realizują swoje powołanie w rodzinach, inni w zgromadzeniach kontemplacyjnych. To znaczy, że niektórzy są stworzeni do relacji, a inni do samotności?
Jesteśmy stworzeni do relacji, ponieważ jesteśmy stworzeni na wzór i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego. Bóg sam w swojej istocie jest relacją, jest miłością. Z istoty stworzenia jesteśmy więc relacyjni. Osiągamy dobrostan, rozwijamy się, rośniemy, zapewniamy sobie podstawowe potrzeby przez relacje. Poczucie wspólnoty i bycie w związkach z innymi są potężnym wsparciem we wszystkich trudnych momentach i w przeżywanych problemach.
Trzeba przyznać, że rzeczywiście niektórzy z nas otrzymują specjalne powołanie do życia w odosobnieniu. Należy jednak rozróżniać samotność od osamotnienia.
Czym więc różni się samotność od osamotnienia?
Życie w samotności, które np. prowadzą pustelnicy, to szczególna łaska Boga. Nie jest czymś, do czego Bóg nas wszystkich stworzył, ale jest szczególnym znakiem, także dla osób spoza Kościoła, znakiem, który ma nas w tym życiu „zatrzymywać”, wskazywać na istnienie Boga. Samotność jest stanem, w którym kontaktujemy się w głębi ze sobą, odsuwamy się od kontaktów zewnętrznych. Takiego rodzaju samotności każdy z nas potrzebuje. Abyśmy potrafili być z innymi, musimy mieć taką przestrzeń dla siebie i dla Boga.
Osamotnienia doświadczamy wtedy, gdy inni nas opuszczają. Chcielibyśmy spotykać się z innymi, być z nimi w relacji, ale wokół nie ma nikogo. Ten stan potrafi być dojmujący na ostatnim etapie życia, u osób starszych, a także w stanach depresyjnych. Osamotnienie powoduje cierpienie, może prowadzić do skracania ludzkiego życia.
Nie sądzi Siostra, że zmiany społeczno-kulturowe zamykają człowieka w klatce samotności?
Potrzeba budowania relacji jest tak pierwotna, że nie sądzę, by udało się pozbawić jej człowieka. W dzisiejszych czasach udaje się jednak budowanie relacji zastąpić zakotwiczeniem się w świecie cyfrowym, korzystaniem z mediów społecznościowych, komunikatorów, sztucznej inteligencji. Te formy zastępują naturalne drogi budowania relacji. Tymczasem człowiek potrzebuje do pełnej relacji bezpośredniego kontaktu, rozmowy, dotyku, spojrzenia. Potrzebuje wykonywania wspólnie jakichś działań, żeby zacieśniać więź. Mówiąc krótko, my wytwarzamy sobie tego „drugiego”, z kim możemy rozmawiać, przywołujemy, przypominamy albo nawet wyobrażamy sobie kogoś, żeby mieć relację. Niestety, współcześnie zagrożeniem dla człowieka jest zastąpienie relacji bezpośrednich – wirtualnymi.
Jak możemy ożywiać potrzebę naturalnych relacji z drugim człowiekiem?
Jest to tak podstawowa potrzeba, że w naturalnym układzie nie jest trudno do niej powrócić. Może to być trudniejsze przy obciążeniu traumami czy ciężkimi doświadczeniami. Musi być ktoś odważny, kto zrobi pierwszy krok i powie: „Otwieram drzwi, zapraszam i czekam”. Ktoś, kto potrafi odsunąć na bok urazę, żeby spotkać się, porozmawiać, co się tak naprawdę wydarzyło. Liczy się przede wszystkim ten pierwszy impuls i gotowość do zrobienia tego kroku. Bez tego ludzie latami nie są w relacji, chociaż bardzo chcieliby być. Czasami dwa zdania czy uśmiech potrafią otworzyć nowy rozdział. Każdy z nas marzy o dobrych relacjach, ta potrzeba tkwi w rdzeniu ludzkiego serca. Zapisana w nas relacyjność może nas otwierać na siebie. Najwięcej zranień dotyczy relacji. Najbardziej cierpimy z powodu niedomagań w przestrzeni relacyjnej, gdyż jest to tak ważny dla nas obszar życia.
Jak więc budować dobre relacje?
Każda dobra relacja sprowadza się do jakiegoś rodzaju miłości, czy to będzie miłość małżonków, przyjaciół, czy rodziców do dzieci. W każdej miłości, jak w medalu, są dwie strony. Jest gotowość do dawania i jest gotowość do przyjmowania. Aby relacja była dobra, w każdym układzie musi być równowaga między dawaniem i przyjmowaniem.
Często mamy kulturowe zaburzenie tej równowagi w kierunku dawania. Jesteśmy uczeni, że trzeba dawać, być ofiarnym, zapomnieć o sobie, żeby nie być egoistą. Uważam, że mamy dużą lekcję do odrobienia w przyjmowaniu. Żebyśmy mogli dawać, musi być ktoś, kto coś od nas przyjmie. Każdy rodzaj miłości to dawanie i przyjmowanie. Bóg jest dawaniem i przyjmowaniem. Chociaż nic nie potrzebuje od nas, bo jest pełnią sam w sobie, to jednak przyjmuje nasze małe ofiary, dary, intencje. Pan Bóg nas modeluje.
A jeśli nie nauczyliśmy się w domu, jak dawać i przyjmować? Czy można to nadrobić w dorosłym życiu?
Nigdy nie jest za późno, zawsze możemy nadrobić jakieś zaległości, ponieważ nasze wnętrze jest „plastyczne”. Czasami wydaje się, że już nic nie powinno nam się udać, a jednak nam to wychodzi, ponieważ jest w nas zdolność do miłości, dana każdemu człowiekowi.
Nawet jeżeli nie mamy dobrych wzorców, to możemy tak kierować swoim życiem, żeby nasza zdolność kochania mogła być wyrażona i by mogła być też zaspokajana nasza potrzeba miłości. Czasami trzeba pójść na psychoterapię, ale w wielu przypadkach nie jest to konieczne.
Zdolność do budowania relacji jest tak podstawowa, podmiotowo dana każdemu człowiekowi, jak instynkt ssania każdemu noworodkowi. W tym znaczeniu potrafimy relację zbudować, ponieważ iskra Boża, która jest w nas, w każdym stworzeniu, popycha nas ku temu.
Czy można zbudować relacje z drugim człowiekiem i nie mieć potrzeby budowania relacji z Bogiem?
Wiele osób żyje na tym świecie, realizując siebie w dwóch obszarach: w sferze typowo cielesnej, czyli w obszarze biologicznym, oraz w sferze związanej z emocjami i potrzebami, czyli w obszarze zaspokajania potrzeb psychicznych. Zaniedbują natomiast życie duchowe, czyli obszar związany z głębokim poczuciem sensu, z potrzebą głębokiego spotkania. Niemniej rzeczywiście człowiek ma tę zdolność i ma w sobie tęsknotę za Stwórcą, czyli głęboko zakorzenioną potrzebę budowania relacji z Bogiem. Z różnych powodów nie wszyscy ją realizują. Niestety, niektórzy tęsknotę za Bogiem jakby przysypali przyziemnymi potrzebami czy zranieniami. Uważam, że dziś ogromnym wyzwaniem dla Kościoła jest pokazanie, jak budować głęboką relację z Bogiem, a nie jedynie jak wypełniać przykazania, odprawiać kult, rytuały i ceremonie. One mają być zewnętrznym wyrazem przeżywanej osobistej relacji z Bogiem.
Ludzie mający w sercu głęboką tęsknotę za Bogiem często mówią mi, że nie znajdują spełnienia tej tęsknoty w Kościele. Analogicznie ludzie mający tęsknotę za miłością nie znajdują tej miłości w rodzinie. To jest wyzwanie dzisiejszych czasów. Czasami o wiele łatwiej mówi się z ambony o normach życia religijnego, niż o tym, jak zbudować intymną, bliską relację z Bogiem. Każdy z nas przecież tego potrzebuje.
Święty Augustyn mówił, że niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie odnajdzie Boga.
Mówił też w innym miejscu: powróćmy do serca, tam znajdźmy naszego Boga, naszą odwieczną tęsknotę.
Wcielenie jest cudem empatii Boga. Bóg tak bardzo chciał do nas wyjść, że stał się jednym z nas. Tak bardzo chce być z nami w bliskiej, intymnej relacji, że staje się człowiekiem, najpierw jako bezbronne dziecko. To jest Dobra Nowina.
Jak odczytać słowa św. Jana Pawła II, że bez Chrystusa człowiek nie może zrozumieć sam siebie i drugiego człowieka?
Chodzi o taki rodzaj kontaktu, poznania samego siebie i drugiego człowieka, w którym widzimy jego godność jako istoty duchowej. Godność, którą mamy przez stworzenie na wzór i podobieństwo Boga, odkupieni najdroższą krwią Chrystusa. Dopiero wtedy widzimy prawdziwą wartość człowieka. Jest to głębsze widzenie drugiego, także w obszarze duchowym. Tak głęboko, filozoficznie i duchowo człowieka nie zrozumiemy bez Chrystusa. Bez przyjęcia prawdy, że Bóg stał się człowiekiem i złożył za każdego z nas ofiarę odkupieńczą ze swojego życia.




Co? Gdzie? Kiedy?
