Kościół potrzebuje nowego języka muzycznego, zakorzenionego w tradycji – mówi Paweł Bębenek, kompozytor muzyki liturgicznej, w rozmowie z Barbarą Stefańską.

Czym Pan się kieruje przy tworzeniu pieśni liturgicznych?
Zasadniczą warstwą jest słowo, najczęściej oparte na Piśmie Świętym. Obfite źródło inspiracji stanowi Księga Psalmów, w której znajduje się wszystko, jeśli chodzi o ludzkie uczucia, od pozytywnych po negatywne. Teksty czerpię też od Ojców Kościoła, np. Efrema Syryjczyka. Współczesny świat potrzebuje dobrego słowa, a to śpiewane inaczej do nas dociera niż czytane; łatwiej je zapamiętać.
Do słów dobiera Pan dźwięki?
Zawsze. Zarówno od strony melodycznej, jak i harmonicznej tworzę muzykę tak, by była zgodna z akcentami słów, ale i sensem całego zdania. Myślę, że jest to ważne, tym bardziej że obecna kultura zapomina o zasadach pięknego języka, wręcz je znieważa.
Staram się też w ten sposób komponować utwory liturgiczne, aby ludzie mogli się włączyć i mieli z tego przyjemność, a jednocześnie by pieśni były ambitne.
Pieśni śpiewane w czasie Mszy św. muszą zostać zatwierdzone. Pana utwory weszły już np. do ogólnopolskiego śpiewnika ks. Siedleckiego.
Istnieją diecezjalne komisje muzyki kościelnej i ogólnopolska przy episkopacie. Kilka moich kompozycji jest w śpiewniku ks. Siedleckiego (np. „Witaj, Pokarmie”, „Czym się Panu odpłacę”, opracowanie hymnu „Zbliżam się w pokorze”), ale też w śpiewniku śląskim. W Polsce jest dużo lokalnych wydań pieśni kościelnych. Z jednej strony to bogactwo, a z drugiej problem, bo istnieją różne warianty pieśni.
Dodam, że w śpiewniku ks. Siedleckiego umieszczono mój utwór „Dzięki Ci, Panie”, ale niestety, bez zwrotek, a to jest piękny tekst niemieckiego mnicha z X w. w tłumaczeniu ks. Jana Twardowskiego.
Mamy już pewien zasób tradycyjnych pieśni liturgicznych. Czy potrzebne są nowe kompozycje?
Kościół potrzebuje nowego języka muzycznego, zakorzenionego w tradycji. Polska ma ogromne dziedzictwo pieśni – na Wielki Post, Adwent czy maryjnych. Przepięknym wzorcem jest chorał gregoriański, po który sięgają nawet artyści tworzący muzykę rozrywkową czy filmową, jak Sting i Ennio Morricone. Chorał ma też wymiar terapeutyczny dla duszy i ciała, o czym pisała św. Hildegarda z Bingen. Mamy więc bogatą tradycję, do której możemy sięgać, ale nowe czasy wymagają odpowiedniego języka muzycznego. Świetnym przykładem łączenia tych dwóch aspektów jest twórczość prof. Pawła Łukaszewskiego, który komponuje raczej dla profesjonalnych zespołów. Spośród grona młodszych kompozytorów, jego wychowanków, warto wskazać np. Jana Krutula z Białegostoku.
Papież Franciszek wskazywał, by nie „muzykologizować” muzyki sakralnej, tylko żeby była ona żywa. Wspaniałą teologię muzyki prezentował Benedykt XVI.
Pan się wywodzi ze środowiska krakowskiego zaangażowanego w odnowę muzyki kościelnej. Jak to się zaczęło?
To pewien fenomen, który sięga lat 80. i 90. XX w. Dominikanie na gruncie krakowskim zaadaptowali wówczas śpiewy z Taizé oraz kompozycje swojego współbrata z Francji André Gouzesa. To się zaczęło szybko rozprzestrzeniać na Kościół w Polsce. Wtedy byłem w duszpasterstwie akademickim dominikanów, gdzie doświadczyłem tej muzyki. Śpiewałem też w zespole muzyki dawnej. To wszystko ukształtowało moje brzmienie. W Krakowie powstało wówczas pewne środowisko muzyków związanych z dominikanami. Jednak nie zawężałbym swojej muzyki tylko do „dominikańskiej”, bo jest uniwersalna.
Prowadzi Pan w całej Polsce warsztaty dla schol parafialnych i wszystkich chętnych. Skąd to zainteresowanie?
To już trwa ponad 20 lat. W 2004 r. zaproponowaliśmy razem z Piotrem Pałką takie warsztaty u dominikanów w Krakowie. Najpierw były skierowane do schol z Krakowa, a potem do wszystkich chętnych. Przyjechało ponad 200 osób z różnych miejscowości. To były jeszcze czasy bez internetu, nie mieliśmy narzędzi marketingowych, a ten fenomen rozlał się na całą Polskę i trwa do dziś. Takie warsztaty prowadzą też muzycy m.in. z Warszawy czy Łodzi. Jeździmy nawet do różnych krajów. Zainteresowanie ludzi wynika z pragnienia doświadczenia piękna w liturgii. Zaczęły też powstawać studia czy szkoły muzyki liturgicznej.
Nie zapominajmy o wymiarze społecznym muzyki. Nieraz prowadziłem warsztaty na Ukrainie, dla ludzi, którzy mają głębokie pragnienie pokoju. Bywam także w Rosji, u dominikanów w Moskwie czy Petersburgu. Muzyka ma ten walor, że może być narzędziem pokoju




Co? Gdzie? Kiedy?
