Nie chcą być wyłącznie odbiorcami tego, co przygotują im duchowni, a wiarę wyznają także postawą i uczynkami tam, gdzie żyją. To my, laikat.

Kiedy 34 lata temu razem z innymi Leszek Dyga postawił krzyż na placu powstającej parafii św. Patryka w Warszawie, posadził obok drzewka i róże. – Potem zasadziłem róże wzdłuż drogi procesyjnej i tak do dziś zajmuję się przykościelną zielenią – mówi 75-letni parafianin. – To jedyna w Polsce parafia pod tym wezwaniem, musi być piękna, więc robię to dla Boga.
Pielenie na kolanach może przypominać pokutę, a pan Leszek służy jeszcze do porannej Mszy Świętej, gdy nie ma ministrantów. Pomaga też w zakupach i porządkach na plebanii, a w soboty zastępuje kościelnego, któremu też należy się wolne. Udział w koronce, choć jest dla niego kulminacyjnym punktem dnia, nie wyczerpuje jego potrzeby bycia w Kościele, stąd to zaangażowanie. – Najważniejsze, żeby chciało się chcieć – mówi.
KOŚCIÓŁ, CZYLI KTO?
Jan Paweł II w adhortacji Christifideles laici pisał o „powszechnym kapłaństwie” laikatu, który swoje posłannictwo w świecie realizuje metodami adekwatnymi do indywidualnych predyspozycji. Dając przykład wiary, „uświęcają świat” i prowadzą ludzi do Chrystusa. Papież Franciszek na zakończenie ostatniego synodu wezwał, by porzucić ustatkowanie, być w ruchu i „ubrudzić sobie ręce”. Ostrzegał przed „Kościołem siedzącym”, który „wycofuje się z życia i ogranicza się do marginesu rzeczywistości”, oraz przed wygodą i zamkniętą postawą. A cóż to jest ten Kościół?
– W rozwoju duchowym przychodzi moment, gdy człowiek jest tak napełniony łaską, którą otrzymał w Kościele, że musi się nią podzielić. To potrzeba serca – mówi Bartłomiej Boral. – Dlatego co miesiąc spotykamy się w gronie rodziców i dzieci, by wspólnie przygotowywać się do pierwszej Komunii Świętej, a co piątek organizujemy spotkanie z 13- i 14-latkami, którym pomagamy przygotować się do bierzmowania. Dużo z nimi rozmawiamy, by do sakramentu podeszli świadomie – wylicza Joanna Boral. – Nie zrzucamy tego na księży czy katechetów, bo to przede wszystkim my jesteśmy odpowiedzialni za rozwój duchowy naszych dzieci.
Rodzina Boralów uczestniczy też w oprawie Mszy, podejmowała gości w czasie Światowych Dni Młodzieży. Ale Joanna i Bartłomiej nie podpisują się pod sformułowaniem „świeccy zaangażowani w Kościół”. – Takie podejście może sprawiać wrażenie, że jesteśmy tylko konsumentami tego, co przygotują dla nas duchowni, i tylko raz na jakiś czas włączymy się w jakieś działanie – mówi Bartłomiej. – A przecież my ten Kościół współtworzymy, jesteśmy nim.
Takich wiernych ks. Jan Sawicki, proboszcz parafii Wieczerzy Pańskiej w Aleksandrowie, nazywa „błogosławieństwem parafii”. – Do niedawno powołanych rad parafialnej i ekonomicznej zgłosiło się tylu chętnych, że obsadziłbym je potrójnie – przyznaje z satysfakcją. – Kościół powstał kiedyś jako filia parafii w Falenicy, nie miał więc np. bazy lokalowej, ale dzięki postawie świeckich dużo się dzieje. Nie oczekują oni, że coś zostanie zrobione, ale sami zakasują rękawy.
I tak co sobotę do sprzątania świątyni zgłasza się jeden z dwudziestu dyżurnych zespołów, dzięki czemu nie trzeba zatrudniać zewnętrznej firmy. Z grabieniem liści na dużym terenie parkowym proboszcz też może liczyć na swoich świeckich. Podobnie jak z przygotowaniami nastolatków do bierzmowania; w tym roku parafialni animatorzy doprowadzili do sakramentu aż 49 kandydatów, z których proboszcz ma nadzieję utworzyć wspólnotę. – Mamy dziewczynek w wieku 7–11 lat dwa razy w miesiącu organizują im spotkania w ramach klubu „Owieczka”, by – jak ministranci i lektorzy – mogły uczestniczyć w życiu parafii – mówi ks. Sawicki. – A wrześniowy piknik naszej wspólnoty zrobiliśmy zupełnie własnymi siłami, i wcale nie z oszczędności. Także z inicjatywy świeckich do parafii sprowadzono relikwie bł. Rodziny Ulmów.
BEZ ZAPROSZENIA
Ksiądz Sawicki mówi o potrzebie przemodelowania postaw. – Skończyła się epoka plebana przywódcy, jego owieczki się upodmiotowiły – tłumaczy. – Nie chodzi o rywalizowanie o władzę czy o prześciganie się w pomysłach. Proboszcz powinien mieć świadomość, że jak kiedyś dołączył do parafii, tak z czasem z niej odejdzie, a to parafianie są u siebie. To wymaga pokory po obu stronach: ksiądz ma odpuścić kontrolę, a wierni – zaufać jego doświadczeniu, gdy nie zgadza się na wszystkie ich inicjatywy. Rola duchownego powinna się sprowadzać do koordynowania.
Jak mówi kapłan, w wielu miejscach parafianie od proboszcza nie oczekują niczego, ale też chcą, by i on od nich niczego nie oczekiwał. – Zauważalne jest to zwłaszcza w dużych parafiach, gdzie posługują wikariusze, siostry zakonne, katecheci; to rozleniwia wiernych – mówi ks. Jan. – W małej wspólnocie z jednym księdzem parafianie wiedzą, że jeśli coś ma się zadziać, to sami muszą się tym zająć.
Jednak parafia to nie wszystko; wierni tworzą Kościół w różnych środowiskach. – Moi wolontariusze roznoszą prasę katolicką wśród chorych, rozmawiają z nimi, przywożą ich na Mszę do kaplicy i do sakramentów, modlą się z ich rodzinami – mówi ks. Arkadiusz Zawistowski, kapelan w Szpitalu Bródnowskim. – Do tego czynnie uczestniczą w liturgii, są szafarzami Komunii Świętej, dbają o czystość w kaplicy i o świeżą bieliznę liturgiczną. Bywa, że chorzy z czasem stają się wolontariuszami. Sami odkrywają swoje charyzmaty, jako duchowny tylko stwarzam im warunki do ich realizowania. Dzięki temu czują, że to oni są Kościołem.
W to, że ma swoje miejsce w Kościele, nigdy nie wątpiła Edyta Choczewska. Wraz z mężem Jakubem są liderami międzynarodowego Stowarzyszenia Spotkania Małżeńskie. – Droga dojrzewania mojego powołania prowadziła przez oazę, duszpasterstwo akademickie „Beczka”, gdzie poznałam męża, do Spotkań Małżeńskich. – Kiedy zostaliśmy zaproszeni do poprowadzenia warsztatu rekolekcyjnego, jaki proponuje ten ruch, pomyślałem, że to sposób na zaangażowanie w Kościele: przez realizowanie konkretnego programu formacyjnego dla małżeństw – dodaje Jakub Choczewski. – Z czasem zaczęliśmy dostrzegać, jak głęboko duchowa i przemieniająca jest ta służba. Spotkania Małżeńskie opierają się na dialogu. W postawie dialogu budujemy swoją relację ze światem: poznajemy siebie i innych, a przez to i Boga, który jest w każdym z nas, ochrzczonym i nieochrzczonym – bo i z takimi uczestnikami Spotkań mamy do czynienia. Staramy się budować królestwo Boże przez własną postawę dialogu.
„Powszechne kapłaństwo”, o którym mówił Jan Paweł II, Edyta pojmuje jako odkrywanie Boga w świecie. – Powołanie człowieka świeckiego nie polega na religijności – mówi. – Matka, która biega do kościoła kosztem czasu dla dzieci, nie wypełnia swojego powołania. My świeccy mamy świadczyć o Bogu w ramach swoich ról społecznych. Wtedy wiara i życie codzienne są zintegrowane.
WSPÓŁODPOWIEDZIALNI
Swoje powołanie świeccy mogą realizować stricte zawodowo; są rzecznikami kurii, kurialnymi sędziami, łódzka Caritas ma świeckiego dyrektora. Jedną z licznych działalności Dariusza Karłowicza jest promocja malarstwa sakralnego. – Kryzys czy wręcz kres tego typu twórczości w zachodniej tradycji to symptom poważnych i niepokojących zmian w chrześcijaństwie, którym należy przeciwdziałać – mówi inicjator przedsięwzięcia „Namalować katolicyzm od nowa”. – Dlatego bardziej niż w kategoriach estetycznych malarstwo sakralne należy pojmować w kategoriach teologicznych.
Dariusz Karłowicz nie lubi narzekania na „bezczynność biskupów”. – Kiedy zmarł Jan Paweł II, kard. Józefa Glempa nie było w Polsce i wyglądało na to, że nie będzie Mszy, na którą wszyscy czekali – wspomina. – I wtedy skrzyknęło się dwóch świeckich. To Piotr Semka i Jan Pospieszalski doprowadzili do tego, że mogliśmy się tak tłumnie zebrać i modlić na placu Piłsudskiego. Wtedy zrozumiałem, że właśnie skończył się Kościół, w którym coś robimy tylko wtedy, gdy poproszą nas o to jego charyzmatyczni przywódcy; że pora wziąć się do roboty. Oczywiście nie znaczy to, że mamy działać poza Kościołem i bez biskupów, ale że inicjatywa może być również po naszej stronie.



Co? Gdzie? Kiedy?



