W ubiegły weekend znany dziennikarz „Gazety Wyborczej” zamieścił w swoich mediach społecznościowych wpis: „Szanowni hejterzy, hejterki, osoby hejterskie oraz trolle. Waszymi wpisami przyczyniacie się do podniesienia mojej stopy życiowej. Właśnie dostałem łączone (!!!) roczne stypendium (147 tys. zł z Kancelarii Premiera i 68 tys. euro od Światowego Kongresu Żydów) (!!!!) na pracę doktorską (!!!) o mowie nienawiści na portalu X. W pracy kładę nacisk na wpisy antysemickie, rasistowskie, seksualne (treści perwersyjne) oraz groźby pozbawienia życia. Zachęcam do aktywności i komentowania. Praca ukaże się w formie książkowej nakładem MEN (!!!!) i będzie rozprowadzana w szkołach średnich (!!!!). Piszę teraz, bo w przyszłym tygodniu ma to być oficjalnie ogłoszone, więc wolę poinformować jako pierwszy”.
W sieci zawrzało od komentarzy. Nauczeni doświadczeniem, że nie takie projekty i nie takie osoby (vide Jaś Kapela) dostawały już sowite dotacje od rządzących, ludzie byli oburzeni. Po kilku godzinach autor wpisu poinformował, że to był… żart! I że można się było zorientować, bo wpis miał kilka tzw. czerwonych flag, czyli informacji dających do myślenia, że to fejk. Choćby tę o pracy doktorskiej, mimo że ów żartowniś nie skończył studiów, i absurdalnie wysokiej kwocie.
Wnioski ponure. Dali się nabrać nie tylko X-owicze, w tym znani dziennikarze, ale i politycy. Cóż to zresztą miało być? Gość kłamie, a potem pisze, że żartował… I robi to znany dziennikarz ze znanej gazety. Oczywiście „w imię słusznej prowokacji, która odkryła oblicze innych, i zasiała ferment”. Podkreślmy: nie był to komentarz czy puszczenie dalej cudzego „fejka” bez weryfikacji – co często się już zdarza – tylko celowe podanie kłamstwa z pierwszej ręki! Do tego z adnotacją, że oficjalnie będzie to niebawem ogłoszone.
Przychylni mu koledzy pisali: „Tam zaszyta była pewna pułapka, która miała odróżnić prawdziwych dziennikarzy od kretynów”. Pomińmy tych „kretynów dziennikarzy”. Ale złapało się wielu zwykłych czytelników, którzy nie mają narzędzi, by wiadomość zweryfikować! Powinni mieć za to minimum zaufania do tych, którzy mają opisywać, a nie kreować rzeczywistość.
Zła to zabawa z zapałkami nad beczką benzyny. Co będzie następne? Fejkowe alarmy bombowe, a gdy ludzie wpadną w panikę i służby zareagują – wpis: „Ha, ha, żartowałem”?
Dziennikarze od lat są już na samym dole drabiny zaufania publicznego. A przecież to zawód opierający się na zaufaniu. Takimi akcjami na pewno nie poprawiamy ani naszej pozycji społecznej, ani jakości debaty publicznej. Raczej ją psujemy. I nie dziwmy się, że ludzie wierzą już niemal we wszystko, a zarazem nie ufają nikomu.



Co? Gdzie? Kiedy?



