Na ulicach pojawił się pierwszy śnieg, któremu w mediach towarzyszył wysyp artykułów na temat wizyty duszpasterskiej, zwanej potocznie kolędą. Zresztą zwanej tak tylko w Polsce, bo w tych nielicznych krajach, gdzie praktykuje się odwiedziny duszpasterzy w domach wiernych, organizuje się je niekoniecznie w okolicach Bożego Narodzenia. Będąc na Malcie, miałam okazję uczestniczyć w „kolędzie” w oktawie Wielkanocy. Stąd termin ten pasuje w istocie do warunków polskich, gdzie kolęda zaczyna się już w Adwencie lub częściej w okresie Bożego Narodzenia.
Pierwsze teksty, które pojawiły się w mediach żywo zainteresowanych życiem Kościoła od kolędy do kolędy i od skandalu do skandalu, dotyczyły tego, że w wielu parafiach kolęda coraz częściej organizowana jest na zaproszenie. W istocie, w wielu miejscach zmiana nastąpiła bezpośrednio po pandemii i jest kontynuowana lub też wprowadzana przez kolejne parafie. Niektórzy duszpasterze argumentują to tym, że zamiast tracić czas na pukanie od jednych drzwi do drugich, zwłaszcza w bardzo dużych parafiach, wolą go spędzić na pogłębionej rozmowie podczas spokojnego spotkania z rodziną czy osobą, która zgłosiła chęć przyjęcia księdza po kolędzie.
Niestety, w dwudziesto-, trzydziestotysięcznych parafiach wizyta duszpasterska często wygląda z konieczności tak jak zwiedzanie miasta przez koreańskich turystów: wysiadka, pstryknięcie kilku selfie i powrót do autokaru. Taka kolęda, kiedy ksiądz wpada do mieszkania jak po ogień, przynosi mało owoców duchowych tym, których duszpasterz odwiedza, i powoduje irytację, że się ich nie traktuje poważnie. Stąd też w niektórych wielkomiejskich parafiach wizyta duszpasterska przypada co 2–3 lata. Jedna z warszawskich parafii mogła sobie pozwolić – z powodu rozrastającej się liczby bloków i mniejszej liczby wikariuszy – by odwiedzać parafian co pięć lat! Przez ten czas następowała tak duża rotacja mieszkańców, że za każdym razem księża odwiedzali nowe osoby. Dlatego w tym roku formuła została zmieniona na kolędę na zaproszenie, aby móc być u tych, którzy chcą i potrzebują dłuższej rozmowy, spotkania i poczucia, że należą do wspólnoty i są poważnie traktowani jako jej członkowie.
Odwiedziny parafian na zaproszenie mają tę zaletę, że budują lub pogłębiają relacje między duszpasterzami a powierzoną im wspólnotą wiernych, dają możliwość lepszego poznania się i większego zaangażowania w życie parafialne, przy wzięciu odpowiedzialności za wspólnotę. Jednakże formuła ta ma też jeden poważny mankament. Chodząc od drzwi do drzwi, daje się sposobność spotkania z duszpasterzem tym, którzy takiego zaproszenia by nie wystosowali. Nigdy nie wiadomo, co w chwili pukania księdza do drzwi zagra w sercu osoby, która patrzy przez wizjer, z różnych powodów niezdecydowana lub niechętna spotkaniu z kapłanem. Być może za którymś razem otworzy drzwi swojego domu, a w czasie rozmowy – również drzwi swojego serca. Taka formuła kolędy ma charakter bardziej misyjny. Co prawda, potrzeba do niej odważniejszych i niezniechęcających się tak łatwo duszpasterzy, bo w obecnym kontekście społecznym można natrafić na różne reakcje. Chociaż, jak mówią pracownicy Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, który monitoruje akty agresji wobec osób duchownych, księża nie obawiają się chodzenia po kolędzie.
Z kolei, patrząc od strony parafian, przyjęcie kapłana po kolędzie to danie świadectwa wobec sąsiadów, że czuję się członkiem wspólnoty parafialnej i że chcę się angażować w jej życie. Że nie jestem tylko biernym obserwatorem z zewnątrz, wierzącym, ale niechcącym mieć czegokolwiek wspólnego z „tą instytucją”. Dawanie świadectwa zaczyna się od takich właśnie małych rzeczy, a nie od razu od męczeństwa.




Co? Gdzie? Kiedy?
