70 tys. zł od każdego Polaka. Tyle będzie nas kosztować w ciągu 25 lat realizacja jednego z chorych pomysłów UE na rewolucję energetyczną i osiągnięcie mitycznego net zero, czyli zeroemisyjności. Tę sumę każdy powinien sobie wbić w głowę, pamiętając, że mówimy tylko o jednym aspekcie Zielonego Ładu i tylko jednej pozycji na długiej liście kosztów.
W sprawie dyrektywy budynkowej Energy Performance of Buildings Directive (czyli EPBD) alarmowałem już kilka lat temu, gdy rozpoczęto prace nad jej wzmocnieniem pod kątem pakietu Fit For 55. Obecnie obowiązująca wersja dyrektywy weszła w życie w 2024 r. Dzisiaj mam poczucie, że to jeden z tych tematów, które nie niosły się w czasie, kiedy nieliczni o nich pisali i mówili po raz pierwszy, a już wkrótce miliony osób mogą z tego właśnie powodu stanąć przed dramatycznymi problemami i wyborami.
Niedawno w „Idziemy” pisałem o koszmarze, jakim dla Polaków – i nie tylko – będzie wejście w życie ETS 2, nakładającego podatek klimatyczny na ogrzewanie budynków i paliwa. Wdrożenie tego systemu zostało przełożone z 2027 na 2028 r., aby uniknąć wpływu na wynik wyborów w Polsce, Bułgarii, Hiszpanii, we Włoszech i na Słowacji. Teraz zaś Fundacja SET opublikowała raport „Skutki wdrożenia dyrektywy w sprawie charakterystyki energetycznej budynków do polskiego porządku prawnego”. Wnioski z analizy są wstrząsające, ale dla kogoś, kto śledzi uważnie od lat kwestię polityki klimatycznej UE – bynajmniej nie zaskakujące. Mogę śmiało powiedzieć: a nie mówiłem?
Najważniejsze w raporcie są dwa punkty. Pierwszy to szacunki ogólnego kosztu wejścia dyrektywy w życie. Ten koszt obejmuje nie tylko obowiązkową renowację budynków, ale również wymianę źródeł ciepła i modernizację sieci ciepłowniczej. Autorzy opracowania (Wojciech Dąbrowski, Piotr Skrzydelski i Adam Tywoniuk) oceniają, że całkowity koszt wyniesie w ciągu 25 lat 2,5 biliona zł. Wychodzi po 70 tys. zł na każdego Polaka, a gdyby wziąć pod uwagę jedynie pracujących obywateli RP, suma rośnie do zawrotnych blisko 170 tys. zł. Przypominam, że dochody budżetowe zaplanowane na 2026 r. to niecałe 650 mld zł, zatem mówimy o sumie blisko czterokrotnie większej niż roczny dochód polskiego państwa.
Drugi ważny punkt to stwierdzenie, że co prawda dyrektywa nie zawiera wprost nakazu renowacji (to pojęcie w niej używane) wszystkich budynków użyteczności publicznej i prywatnej, ale jednocześnie nakazuje państwom członkowskim stworzenie ram prawnych faktycznie wymuszających taką renowację w ciągu zaledwie 25 lat, do 2050 r. To bardzo ważne, bo gdy dyrektywa była nowelizowana, pojawiło się wielu „ekspertów” – często powiązanych z fundacjami żyjącymi z promowania Zielonego Ładu – którzy dowodzili, że krytycy regulacji sieją panikę, bo żadnych obowiązkowych renowacji nie będzie. Tak się jednak składa, że coś wprost innego wynika z przepisów (konkretnie: z art. 11 dyrektywy), i potwierdzają to eksperci SET.
Gdy czytam o osiągnięciu przez Unię neutralności klimatycznej w 2050 r. i o tym, jak potężne negatywne skutki wywoła to dla Europejczyków, gospodarki, naszych portfeli, mam skojarzenie z alchemią. Alchemicy, jak wiadomo, poszukiwali mitycznego kamienia filozoficznego, który miał umożliwić przemianę pospolitych metali w złoto. Tyle że jest to operacja niemożliwa, zatem poszukiwania kamienia filozoficznego często były oszustwem. Za to sowicie opłacanym, gdyż alchemików utrzymywali władcy, licząc na to, że dzięki ich odkryciu napełnią skarbce złotem. Jednak na poszukiwaniach zarabiali tylko sami alchemicy.
Nawet tutaj widać podobieństwo. Wprowadzenie do dyrektywy kilkakrotnie wspomina bowiem o „zielonych kredytach”, a sektor bankowy już cieszy się na dochody, jakie przyniesie mu to oszustwo stulecia.




Co? Gdzie? Kiedy?
