W czas Bożego Narodzenia i Nowego Roku życzymy sobie m.in. spokojnych świąt. Modlimy się o pokój i bezpieczeństwo. Politycy, prawnicy, bankowcy i sprzedawcy obiecują nam bezpieczeństwo w różnych wymiarach. Rzeczywiście! Żyjemy w czasach największego technicznego bezpieczeństwa w historii ludzkości: alarmy, monitoring, ochrona, ubezpieczenia, prawa konsumenta, gwarancje na towary, kodeksy bezpieczeństwa pracy, przepisy ruchu drogowego, systemy wczesnego ostrzegania.
A jednak czujemy się mniej bezpieczni niż kiedykolwiek. Młode pokolenie cierpi na bezprecedensową liczbę zaburzeń lękowych. Rodziny są coraz bardziej rozproszone, niespójne. Społeczeństwa są spolaryzowane. Polska między Niemcami a Rosją i Białorusią nie może czuć się w pełni bezpieczna, choć jesteśmy w NATO. A coraz bardziej zideologizowana Unia zamiast umacniać przestrzeń bezpieczeństwa, sama tworzy coraz to nowsze zagrożenia. Werbalne zapewnienia o szacunku i dialogu nie odpowiadają rzeczywistym postawom, pełnym pogardy, wrogości, hejtu. Mamy do czynienia z paradoksem: im więcej bezpieczeństwa technicznego, tym mniej bezpieczeństwa egzystencjalnego.
Dbamy o nasze bezpieczeństwo osobiste i rodzinne, a także w wymiarze społecznym i narodowym. Chronimy siebie i bliskich przed chorobami, wypadkami, złodziejami… Ale przecież wiemy, że nie da się zabezpieczyć przed upływem czasu, starością i ostatecznie śmiercią, która nieuchronnie nadchodzi. Ewangelia wzywa nas do troski o potrzebujących, do budowania – na ile to możliwe – wspólnych bezpiecznych przestrzeni, ale jednocześnie sam Jezus zapowiada prześladowania i wojny. Księga Apokalipsy jest przesłaniem pocieszenia i umocnienia, ale dalekim od naiwnego powtarzania, że nie dotkną nas żadne nieszczęścia. Wręcz przeciwnie! Czytamy, że zło będzie zdawało się zwyciężać, tak że kto nie będzie miał „znamienia Bestii”, ten nie będzie mógł nic kupić ani sprzedać (zob. Ap 13,16–17).
A jednak Ewangelia obiecuje nam bezpieczeństwo i pokój. Nie polegają one na zewnętrznych, materialnych zabezpieczeniach, ale na darze relacji z Bogiem, naszym Stwórcą i Zbawicielem. „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?” (Rz 8,35) – pyta Paweł Apostoł. Po czym woła, że żadna zewnętrzna siła „nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,39). A zatem sprawy mogą iść dobrze albo źle, okoliczności mogą być sprzyjające albo złowrogie, jesteśmy ograniczeni i śmiertelni, ale jest Ktoś, kto jest Panem życia i śmierci i dla kogo jesteśmy naprawdę ważni. Taka perspektywa daje nam poczucie bezpieczeństwa na najgłębszym, egzystencjalnym poziomie.
Bezpieczeństwo wynikające z relacji z Bogiem nie przekreśla potrzeby wysiłku budowania bezpieczeństwa w innych, wspomnianych wymiarach. Wiara w Boga nie jest ucieczką od doczesnych problemów, ale fundamentem, który pozwala dostrzec doczesność we właściwych ramach. Wydaje się, że dziś mamy zasadniczo dwa różne poglądy na to, jak budować bezpieczny świat. Jedni chcą iść w kierunku coraz bardziej globalistycznych, tyleż anonimowych, co potężnych rządów przez nikogo niewybranych „elit” z armią urzędników. Dostęp do energii, żywności, wielkich finansów, a także informacji byłby coraz bardziej skupiony w jednych rękach. Inni chcą rzeczywistej, a nie tylko deklarowanej, partnerskiej wspólnoty różnych mniejszych i większych podmiotów, od mających swe niezbywalne prawa rodzin poczynając. Pierwszy model obiecuje bezpieczeństwo, ale za cenę – choć tego się wprost nie mówi – wyzbycia się wolności i tożsamości. Drugi model szanuje godność jednostki i małych wspólnot i dlatego wydaje mi się bardziej ludzki i bardziej Boży.




Co? Gdzie? Kiedy?
