W historii, jak wiadomo, potrzebne są umowne granice. Patrząc na nią z dystansu, lubimy mieć jasne punkty, od których można liczyć nowy okres. Tak jest z 476 r., symboliczną datą upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego, choć przecież obalający Augustusa Romulusa Odoaker był całkowicie zromanizowany i od dawna służył Rzymowi. Podobnie jest z 1492 r., przyjmowanym umownie za jedną z granic średniowiecza, czyli rokiem odkrycia umownej Ameryki przez Kolumba. Ani Odoaker, ani Kolumb nie mieli, rzecz jasna, pojęcia, że ich wyczyny kiedyś, po wiekach staną się granicami okresów na kartach podręczników historii.
Nie zakładałbym jednak tego samego w przypadku Donalda Trumpa. Ba, za prawdopodobniejsze uważam, że obecny prezydent USA może być przekonany, iż pierwszy rok jego drugiej kadencji będzie uznawany za moment przełomu. Owszem, Trump skromnością nie grzeszy, ale też miałby podstawy do takiego mniemania.
W końcówce 2025 r. jednym z najczęściej zadawanych mi w programach publicystycznych pytań było: „Czy w razie ewentualnej zmiany lokatora w Białym Domu na demokratę Stany Zjednoczone zachowają kurs, jaki wyznaczył im Trump?”. Moja odpowiedź brzmi: retorycznie ten kurs może się zmienić, być może zostaną zrobione jakieś drobne poprawki, ale powrotu do dawnego podejścia już nie będzie. Między innymi dlatego, że nie oczekują tego nawet wyborcy niechętni Trumpowi. Hasło „Ameryka przede wszystkim” ma zasięg szerszy niż tylko jego twardy elektorat. To może jednak nie jest nawet najważniejszy powód.
W Polsce reakcje na Trumpową politykę oraz na opublikowaną – a wcześniej krążącą w postaci przecieków – narodową strategię bezpieczeństwa USA były w dużej części moralizatorskie albo histeryczne. Sprowadzały się do gromów ciskanych na Biały Dom – że jak tak można i że to bardzo nieładnie tak się skupiać na własnym interesie. Pisałem o tym niedawno w „Idziemy”.
Właśnie z powodu sztampowości i przewidywalności polskich komentarzy warto sięgać do niepolskich źródeł. Jeszcze we wrześniu – a więc ponad dwa miesiące przed publikacją strategii – na portalu UnHerd (czyli w wolnym tłumaczeniu „Niestadnie” – to brytyjskie prywatne internetowe medium polityczne, prezentujące niesztampowe analizy i komentarze, nie tylko konserwatywne, choć z tych kręgów wywodzą się właściciele) ukazał się tekst Arty Moeiniego The virtue of America First sovereign realism is the future („Zaletą suwerennego realizmu spod znaku America First jest przyszłość”). Autor to konserwatywny publicysta irańskiego pochodzenia, urodzony w Brukseli, wychowany w Teheranie, mieszkający od lat w USA.
Artykuł Moeiniego, oparty jeszcze na nieopublikowanych wersjach strategii, wykłada brutalnie to, co jest jasne dla każdego realisty politycznego, ale u zwolenników idealizmu wywołuje wręcz spazmy. Czytamy zatem, że okres, w którym USA starały się pilnować całego świata i odgrywać rolę globalnego policjanta, był szkodliwym dla samej Ameryki odstępstwem od normalnej kolei rzeczy w relacjach międzynarodowych. „To, co dzisiaj widzimy – pisze Moeini – nie jest rozpadem ani chaosem, lecz powrotem do normalności. System międzynarodowy powraca do naturalnego stanu: posthegemonicznej, wieloośrodkowej i zregionalizowanej postaci, w której suwerenne siły, reprezentujące ośrodki cywilizacyjne, koegzystują i wzajemnie się równoważą w swoich historycznych sferach interesów”.
Dla idealistów, zwłaszcza polskich idealistów, to zbiór bluźnierstw. Jednak realny wybór jest taki, że albo poprzestaniemy na oburzeniu, albo zaczniemy na serio opracowywać plan na Polskę w takim właśnie nowym otoczeniu świata na powrót wielobiegunowego. Moeini ma bowiem sto procent racji: to naturalny kształt światowej polityki, o czym w ciągu ostatnich 30 lat łatwo było zapomnieć.




Co? Gdzie? Kiedy?
