„Była łaski pełna, tak że już nic więcej się nie zmieściło” – pamiętam, gdy usłyszałam to zdanie. Nie tylko przykuło moją uwagę, ale zaczęło pracować w mojej głowie, wywołując nurtujące pytanie: „A czego ja jestem pełna?”.
Warto chronić oczy i uszy przed złem. Drastyczne obrazy, katastroficzne informacje nie przynoszą spokoju. Oglądany wieczorem horror, który śni się w nocy, nie zbliża do oczyszczenia. Zaczytywanie się w proroctwach o zbliżającej się zagładzie też nie jest drogą ku uwolnieniu tłumionych emocji. Jednak nawet jeśli zastosujemy odpowiednią ochronę oczu i uszu, wciąż pozostanie w nas sporo miejsca do wypełnienia. Tylko jak się napełnić? Adoracja, różańce, codzienne słowo Boże, uczynki miłosierdzia pomagają znacząco, ale miejsce wciąż jest.
Odpowiedź na pytanie „jak?” nadeszła niemal jak trzęsienie ziemi. Metaforycznie rzecz ujmując, wstrząsy przez jeden dzień były dość mocne. Jednak nie o trudnej sytuacji – jakich w bardzo różnych kwestiach doświadczamy przecież wszyscy – chcę napisać, ale o wypełnieniu, przez które nic więcej się nie zmieściło. W czasie tych naszych poważnych turbulencji wysłałam kilka wiadomości z prośbą o modlitwę. Efekt był taki, że tego dnia mój telefon nie milczał dłużej niż przez dwie minuty. Odbierałam, słuchałam słów wsparcia, dostawałam esemesy od ludzi, którzy słysząc o trzęsącej się u nas ziemi, postanowili powiedzieć, że są i chętnie pomogą. Zapewnienia o modlitwie, propozycje konkretnego wsparcia wylewały się z mojego telefonu. Była też realna obecność.
Od dawna mam świadomość, że jesteśmy otoczeni niezwykłymi ludźmi. Jednak tego dnia wypełniała mnie wdzięczność. Nie wiem, czy kiedykolwiek czułam ją w takim natężeniu. Możliwe, że ten stan można porównać jedynie do dnia ślubu i narodzin dzieci. Byłam tak wdzięczna Bogu za tych ludzi i tym ludziom, za ich otwartość, gotowość i zaangażowanie, że nic więcej się już we mnie nie zmieściło. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy ku własnemu wielkiemu zaskoczeniu poczułam, że nie ma we mnie żadnych negatywnych emocji w stosunku do sprawców naszego trzęsienia ziemi. Chociaż miałam moralne prawo do złości, a nawet wściekłości, niechęci i odrazy, nie było na to wszystko miejsca. Nie musiałam nawet nucić: „ale chroń mnie, Panie, od pogardy, od nienawiści strzeż mnie, Boże”. Wdzięczność zajęła wszystkie możliwe miejsca w sercu. Nie dokonało się to moim wysiłkiem czy postanowieniami które podjęłam, ale za sprawą modlitwy i obecności innych ludzi.
Dzielę się tym nieprzypadkowo tuż przed 8 grudnia. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny może nas nieco onieśmielać. Kobieta, która była bez grzechu od samego początku, mogła być pełna łaski, tak że nic więcej się nie mieści. Co innego my. Mamy jednak moc, by wypełniać ludzi wokół nas miłością, dobrem, spokojem, wdzięcznością i radością. To nie jest piękna przenośnia, ale realna możliwość. Mamy moc napełniania ludzkich serc. Należy tylko rozważnie wybrać budulec. Niezbędna jest też obecność i zaangażowanie. I koniecznie do pełna!




Co? Gdzie? Kiedy?
