Zdarzyło mi się nieraz słyszeć od moich znajomych takie wyznania, że… chociaż mają sporą teologiczną wiedzę, to tak naprawdę nie znają Pana Boga: „Bo jak mieliby Go znać, skoro nie czują i nie widzą Jego obecności w ich życiu?”. W takich sytuacjach od nowa się zastanawiam: a czy ja Go widzę?
Kilka tygodni temu miałam okazję znowu polecieć z moją przyjaciółką Olą do naszych serdecznych przyjaciół do Pakistanu. Żeby zaoszczędzić na biletach, miałyśmy dwa nocne loty z przerwą w Dubaju. W przeddzień pierwszego wylotu miałam jeszcze solowy koncert w Łodzi, po którym byłam bardzo wyczerpana. Kiedy już leciałyśmy następnego dnia, znowu w nocy, mimo że dostałam koc do okrycia się, ze zmęczenia zaczęłam trząść się z zimna. Obok mnie siedziała kobieta, cała ubrana w abaję, hidżab i nikab (długą suknię, chustę i zasłonę na twarz). Patrzyła w okno, robiąc komórką mnóstwo zdjęć.
Przyznam, że kiedy zerkałam na nią, przyszła mi do głowy myśl: jaki człowiek się kryje pod tym czarnym odzieniem? Nagle, zupełnie niespodziewanie, ona wzięła swój, równie czarny, polar i ostrożnie mnie nim otuliła. Poruszona, podziękowałam jej, po czym spokojnie zasnęłam. Kiedy się obudziłam, ona już miała odsłoniętą twarz i z miłym uśmiechem zaczęła ze mną rozmawiać. Nie mogę sobie darować, że nie zapytałam, jak miała na imię. Wiem tylko tyle, że była z Arabii Saudyjskiej, a ten zwykły jej ludzki odruch utkwi mi już na długo w pamięci.
W Islamabadzie z kolei miałam też ciekawe doświadczenie. Zaproszono naszych przyjaciół, a przy okazji i mnie z Olą, na wieczór poezji. Znawczyni tamtejszej kultury i pomysłodawczyni tego wydarzenia zaaranżowała to niezwykłe spotkanie w ogrodzie przy swoim apartamentowcu. Na ziemi położone były piękne dywany, na których stały zastawione obficie orientalnym jedzeniem stoły, a przy nich wygodne fotele. Z przodu, pod koronami starych drzew, ustawiono podwyższenie, które miało służyć za podium dla poetów czytających swoje wiersze.
Nakładając sobie na talerz deser, usłyszałam za plecami: Assalam-o-Alaikum! Obróciłam się. Była to niezwykle piękna Pakistanka, z krótko obciętymi włosami, ubrana po europejsku, z zarzuconym na plecy paszminowym szalem. Poznałam ją dzień wcześniej na przyjęciu zorganizowanym przez znajomych. Nazywała się Ilona Yusuf. Jej matka była z pochodzenia Polką, dzięki czemu emanował z niej słowiański urok. Już wcześniej słyszałam o niej, że jest uważana za jedną z najlepszych pakistańskich poetek. Wa Alaikum us Salam! – odpowiedziałam.
Była gwiazdą tego wieczoru. Zapytałam, o czym będą jej wiersze. Powiedziała, że o mistyce, przyrodzie i tęsknocie za ukochaną matką. Tamtego dnia przypadała rocznica śmierci mojego ojca. Podzieliłam się z nią moim smutkiem. „Znam, Ilona, taką bardzo starą węgierską pieśń, która dokładnie mówi o tym, o czym jest ta twoja dzisiejsza poezja – wypaliłam spontanicznie. – Chcesz może, żebym ozdobiła śpiewem twój występ?”. „Ależ jak najbardziej!” – odpowiedziała swoim miękkim, lekko zachrypniętym głosem. A już po chwili, zaproszona przez Ilonę na podium, tuż po jej występie, śpiewałam o rozmowie z tajemniczym ptakiem, który jest sierotą – jak wielu z nas – ale Bóg nas nigdy nie zostawi, bo jest dobry. Zrobiło się wokół cicho. Serce mocno mi zaczęło bić, bo się zorientowałam, że jak skończę śpiewać, to każą mi tłumaczyć treść utworu. I tak się stało. Przetłumaczyłam… Ku mojemu dużemu zdziwieniu dostałam – a raczej Pan Bóg dostał – wielkie oklaski. Od razu nasunęła mi się myśl: czy na europejskich salonach, gdzie się spotykają słynni twórcy, mogłoby się wydarzyć coś takiego, jak oklaskiwanie Pana Boga za Jego dobroć?
Tu, w naszym tak zwanym cywilizowanym świecie, świętujemy z największym przepychem Boże Narodzenie, gdzie Główny Bohater jest coraz częściej nieobecny. A przecież On jest w wielu wydarzeniach naszego życia lub w dobrych gestach prostych ludzi. Ma On wiele imion. Jedno z nich brzmi Dobro. Niech Pan Jezus się urodzi w naszych sercach! Tylko… pozwólmy Mu na to!




Co? Gdzie? Kiedy?
