„Jutro idziemy zarejestrować nasze małżeństwo do urzędu!” – oznajmili w poprzedni wtorek dwaj homoseksualiści, którzy wzięli „ślub” w Portugalii i domagali się na różne sposoby, aby Polska uznała, że są „małżeństwem”. Czekałem w środę na relację z urzędu, ale się nie doczekałem. Jak potem panowie Jakub i Dawid ogłosili, odeszli z urzędu z kwitkiem – co nietrudno było przewidzieć.
Z tym wyrokiem TSUE jest, zdaje się, tak jak z mitycznymi wyrokami, mającymi stwierdzać, że sędziowie z nominacji KRS od 2018 r. nie są sędziami. Wszyscy wielbiciele „obrony praworządności” o nich mówią, ale nikt nie umie wskazać konkretnego orzeczenia, a w nim konkretnego miejsca, gdzie trybunał stwierdzałby, że powołani przez prezydenta sędziowie nie są sędziami. Z kolei orzeczenie w sprawie homomałżeństw jest nie tylko rażąco sprzeczne z polskim porządkiem konstytucyjnym, ale też nie może być wykonywane bez odpowiedniej implementacji. Zatem na razie pani z USC może panów Jakuba i Dawida odesłać z niczym – i oby tak zostało.
Jak zresztą wskazują analizujący wyrok prawnicy, w istocie jego skutkiem nie musi być wcale uznanie homomałżeństw w Polsce. Wystarczyłoby stworzenie rejestru takich związków, zawartych w państwach, gdzie są one dopuszczalne, a obejmującego osoby, które stale przebywają w Polsce. Inna sprawa, że wyrok – jak to w przypadku TSUE – ingeruje w materię, która wg założeń istniejących w momencie naszego przystępowania do UE miała pozostać niepodzielnie domeną krajów członkowskich, a w której unijny trybunał wyrąbuje sobie kompetencje prawem kaduka.
Sprawa ma potencjał, z którego mogą się cieszyć zwolennicy radykalnej polaryzacji: budzi skrajne emocje, odciągające uwagę od spraw ważnych, dziejących się w tym momencie. Problem bynajmniej nie jest nieważny – jest ważny w nieco odmienny sposób niż sprawy bardziej bieżące. Inaczej niż w przypadku poziomu deficytu budżetowego czy rozstrzygnięcia negocjacji dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie, tu mamy do czynienia z procesem cywilizacyjnym, te zaś toczą się długo i ich skutki są widoczne w perspektywie dziesięcioleci, jeśli nie więcej. To sprawia, że ich naturę i potencjalne efekty znacznie trudniej wychwycić. Wymaga to umiejętności patrzenia w długiej perspektywie oraz wiedzy historycznej, aby przywołać precedensy i podobne procesy z przeszłości wraz z ich rezultatami. Dlatego zwolennikom postępu – który sam z siebie nie zawsze jest dobry, wbrew powszechnemu mitowi – łatwo manipulować, twierdząc, że z danej decyzji nic złego nie wynika. Tak to może faktycznie wyglądać w skali kilkunastu lat. Dopiero w skali dekad, a często dopiero z perspektywy kilku wieków można rozeznać, co się właściwie wydarzyło.
Powolne tempo procesów cywilizacyjnych sprawia, że przekraczają one zakres życia jednego pokolenia, a więc kolejne wzrastają w zmienionych warunkach, czyli ich punkt odniesienia się zmienia. Brak radykalnych zmian sprawia, że ludzie przyzwyczajają się do nowych okoliczności i nie widzą powodów, aby przeciwdziałać kolejnym, coraz dalej idącym zmianom. Aby ujrzeć ich skalę, trzeba by spojrzeć mocno wstecz. Stąd wśród młodych Polaków akceptacja dla bardzo daleko idącego interwencjonizmu państwowego, lansowanego przez większość sceny politycznej – pokolenia dzisiejszych 40-latków i młodsze nie mają za sobą doświadczenia świadomego życia w PRL.
Dziś historycy są raczej zgodni co do systemowych przyczyn upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 r., choć w chwili, gdy na tron wstąpił Odoaker, zastępując Romulusa Augustulusa, niemal nikt w Rzymie nie rozumiał, jaki proces cywilizacyjny został właśnie zakończony. Niestety, w wielu sprawach jesteśmy jak ówcześni Rzymianie.




Co? Gdzie? Kiedy?
