„Zmiana klimatu jest poważnym problemem, ale nie oznacza końca cywilizacji”. Jak Państwo sądzą, kto mógł takie słowa napisać? Nie kilka dekad temu, ale dopiero co. Nie, nie był to żaden z prawicowych liderów politycznych, a już tym bardziej liderów europejskich. Nie był to też zwolennik czy przyjaciel Donalda Trumpa.
Zagadka jest trudna, przyznaję, zatem dłużej nie trzymam w napięciu: to jedna z głównych tez postawionych w obszernym tekście napisanym przez nie kogo innego, ale Billa Gatesa jako materiał do przemyśleń przed szczytem klimatycznym COP30 w Belém w Brazylii. Tekst Gatesa (opublikowany na www.gatesnotes.com) w Polsce przemknął w większości niezauważony, a jeśli już o nim wspominano, to był podsumowywany w krótkich wykrzyknikach w mediach społecznościowych: „Gates odwołuje globalne ocieplenie!”.
To nieprawda – niczego takiego w tekście założyciela Microsoftu nie ma. Ba, jest cała litania zapewnień, że zmiana klimatu postępuje i że odpowiada za nią człowiek. Całkiem jakby Gates bał się, że wydźwięk jego zasadniczych tez ściągnie na niego gromy ze strony kapłanów religii klimatycznej, więc chciał zastrzec, że nie zostaje w tej sprawie żadnym „albigensem”, a nawet nie „ewangelikiem”, tylko trzyma się „katechizmu”. Pozwala sobie jednak na znaczące przesunięcie akcentów.
„Chcę, żebyście się bali” – mało kto może pamięta, kto te z kolei słowa swego czasu wypowiedział, choć było to raptem kilka lat temu. Zwłaszcza że dziś ta osoba kojarzona jest z awanturnictwem innego rodzaju niż to, od którego zaczęła karierę. To Greta Thunberg, wylansowana zresztą u początków swojej publicznej obecności dzięki rządowi PiS. A dokładnie – dzięki zaproszeniu na szczyt COP24 w Katowicach w 2018 r., do którego przygotowaniami kierował późniejszy minister klimatu w rządzie Mateusza Morawieckiego Michał Kurtyka.
Thunberg, 22-letnia i zajmująca się głównie aktywizmem antyizraelskim i propalestyńskim, zasłynęła ze swojego teatralnego wystąpienia i słów: How dare you?!, czyli: „Jak śmiecie?!”. Nie mniej istotna była jej wspomniana wyżej deklaracja o potrzebie wytworzenia strachu przed klimatycznym Armagedonem. Cała jej działalność na to była skierowana i w dużej mierze była skuteczna. To Thunberg napędziła klimatystyczne psychozy w młodszym pokoleniu. To ona wylansowała tak absurdalne postawy jak flygskam, czyli wstyd przed lataniem – poczucie dyskomfortu, że korzysta się z transportu lotniczego. Szkodliwość jej działań – a może raczej działań tych, którzy nią sterowali i manipulowali – jest trudna do zmierzenia. Thunberg stała się forpocztą i symbolem całego irracjonalnego ruchu klimatystycznego, głoszącego rychłą zagładę planety i w związku z tym konieczność podporządkowania wszystkich naszych działań obniżaniu globalnej temperatury – za wszelką cenę i nie bacząc na koszty. Można powiedzieć, że polityka klimatyczna UE jest w pewnym sensie ufundowana na takim właśnie podejściu.
I oto wychodzi teraz Bill Gates i powiada: „Oczywiście, klimat jest problemem, ale żadnej globalnej katastrofy nie będzie, bo już całkiem wiele udało nam się zrobić. Teraz musimy wziąć pod uwagę, że mamy ograniczone środki, i zacząć myśleć, że nie zawsze radykalne podejście jest dobre”. Tu dosłowny cytat z artykułu multimiliardera: „Temperatura nie jest najlepszym sposobem mierzenia naszych postępów w dziedzinie klimatu”.
Twórca Microsoftu nie zrezygnował z najważniejszych fundamentów kultu klimatystycznego, ale wyraźnie uderzył w radykałów. Można by rzec: we frakcję rewolucyjną. Jasne, że stoją za tym interesy samego Gatesa. Jakiekolwiek by jednak były powody, to istotna zmiana podejścia. Nasz kontynent pozostaje jednak na razie na kursie, od którego Gates – jedna z najważniejszych osób w globalnej elicie – wyraźnie odchodzi.



Co? Gdzie? Kiedy?



