Z końcem świata i powtórnym przyjściem Chrystusa może być podobnie jak z oczekiwanym sądem Bożym. Tradycyjnie nauczanie Kościoła mówi przecież o sądzie szczegółowym i ostatecznym. Ten pierwszy jest najważniejszy dla naszej przyszłości na wieczność. Ale to ten drugi bardziej ożywia wyobraźnię, na co wpływ mają także wielcy artyści pokroju Michała Anioła czy Hansa Memlinga. Obrazu sądu szczegółowego chyba nikt ze znanych twórców nie namalował. A szkoda. Wielu z nas zatraca przez to myślenie o osobistej odpowiedzialności przed Bogiem. Więcej o tym rozróżnieniu mówi ks. prof. Marek Tatar w wywiadzie na s. 10.
Analogicznie jak z sądem Bożym jest z końcem świata i powtórnym przyjściem Chrystusa. Naszą wyobraźnię rozpalają biblijne opisy wojen, epidemii i kosmicznych katastrof, które mają poprzedzać ostateczny koniec. Przyczyniają się do tego twórcy dzieł fantasy i przywódcy sekt, nie tylko chrześcijańskich. Strach wciąż nieźle się sprzedaje, a zarządzanie strachem jest jednym ze sposobów sprawowania władzy nad ludźmi. Mechanizmy i cele takich zabiegów odkrywa na s. 12. prof. Dariusz Kowalczyk SJ z papieskiej Gregoriany. Zaabsorbowanie myśleniem o ostatecznym końcu świata, podobnie jak w przypadku myślenia o sądzie Bożym, może odwracać uwagę od myślenia o indywidualnym końcu świata każdego z nas.
Nie kwestionuję perspektywy ostatecznego końca świata. Dla nas, żyjących w XXI w., nie on jest jednak najważniejszy. Miliardy ludzi żyjących przed nami nie doczekały takiego końca i my pewnie też nie doczekamy, choć sytuacja wokół nas robi się militarnie, epidemiologicznie i demograficznie niebezpieczna. Za to każdy z nas na pewno doczeka momentu, gdy dla ciebie i dla mnie zgaśnie słońce i gwiazdy utracą swój blask, kiedy ziemia usunie się nam spod nóg. U progu czasu i wieczności każdy z nas osobiście spotka Chrystusa, którego kochał lub którego nienawidził. Na ten osobisty wymiar końca naszego świata zwraca uwagę Chrystus, mówiąc o dwóch mlących na żarnach, z których jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Żarna będą się obracać dalej, tylko już bez naszego udziału. O tym osobistym końcu świata trzeba częściej pomyśleć w Adwencie.
Ostatnią sprawą, do której muszę się odnieść, jest zamieszanie wokół ujawnienia prywatnej korespondencji kard. Karola Wojtyły, a później papieża Jana Pawła II z dr Anną Teresą Tymieniecką, amerykańską filozof polskiego pochodzenia. Osobiście nie widzę w tych listach nic zdrożnego. Przeciwnie, może powinny być omawiane przez ojców duchownych na konferencjach dla kleryków. Wyłania się z nich bowiem obraz dwojga odpowiedzialnych ludzi: kobiety, która jest mężatką i matką trojga dzieci, oraz mężczyzny (nie anioła i nie geja), który jest biskupem, celibatariuszem. Przeżywają intelektualną bliskość i fascynację sobą nawzajem. W te relacje „wtrącają Boga”, co pomaga im nie przekroczyć granic właściwych przyjaźni. Czasem muszą walczyć o dochowanie wierności temu, kim każde z nich jest. To jest historia każdego normalnego księdza, dla którego celibat jest wyrzeczeniem ze względu na Boga, a nie parawanem dla jakichś zboczeń! Też jakoś się w tym odnajduję!
Kłopotliwe w tej korespondencji może być dla niektórych to, że Tymieniecka zwracała uwagę św. Janowi Pawłowi II na skandale homoseksualne wśród amerykańskich duchownych, w tym arcybiskupów i kardynałów. Protestowała przeciwko awansom niektórych z nich, a papież jakoby nie reagował. Dodam, że w podobnej sprawie robiła, co mogła, także inna jego przyjaciółka, dr Wanda Półtawska (ach, te kobiety!). Wcale nie było tak, że Jan Paweł II nic z tym nie robił, choć nie wszyscy to wiedzą. Żyje jeszcze parę osób, które mogłyby dać o tym świadectwo. I powinny to zrobić! Mówienie całej prawdy o Janie Pawle II, choćby dla kogoś niewygodnej, byłoby wyrazem największej dla niego czci.



Co? Gdzie? Kiedy?



