16 października
środa
Gawla, Ambrozego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Ustąp, aby zwyciężyć

Ocena: 0
551

Pan Bóg potrzebuje swoich ludzi wszędzie: w polityce, sporcie, szkolnictwie - mówi Aleksander Beta, dwukrotny mistrz Polski i brązowy medalista mistrzostw Europy w judo, w rozmowie z ks. Pawłem Kłysem.

Fot. ks. Paweł Kłys/ Idziemy

Jak to się stało, że wybrał Pan judo?

Judo jest przepięknym sportem, i wciąż odkrywam w nim coś pięknego. To moja pasja. To mój styl życia. Wszystko zaczęło się od taty, który będąc w wojsku, sam zaczął trenować. Pokazał mi, o co w tej dyscyplinie chodzi, i tak już zostało. Dziś mija już osiemnasty rok mojej przygody z tym sportem, choć trochę w innej formie, bo już nie działam jako zawodnik, ale jako trener. Widzę, że jest to też moja droga do Pana Boga.

Zawsze był Pan taki pobożny? Miał odwagę mówić o miłości do Boga?

Pochodzę z domu, w którym na tematy Boże się nie rozmawiało. Jak prawie wszyscy, przyjąłem po kolei sakramenty: chrzest, Komunię i bierzmowanie – tak więc rytm religijny był zachowany, ale to raczej z tradycji. W okresie dorastania byłem nastawiony antykościelnie, bo Kościół kojarzył mi się ze starszymi paniami, które „klepią” paciorki. Jedną z takich pań była moja babcia, u której grała na cały regulator Telewizja Trwam. To wzbudzało mój śmiech i drwiny. Ale pojawił się taki moment w moim życiu, kiedy upadłem na kolana i powiedziałem: Panie Boże, jeśli tam gdzieś jesteś, to uratuj mnie, a ja będę Ci służył, jak najlepiej potrafię!

Co takiego się wydarzyło?

Spotkał mnie duży zawód miłosny i świat mi się zawalił. To był młodzieńczy czas liceum i początku studiów. Kiedyś gdzieś słyszałem: Pan Bóg jest dobry. Uchwyciłem się tej myśli i powiedziałem: Panie Jezu, jeśli gdzieś tam jesteś, to mi pomóż. Wtedy też dodałem: Jeśli mi pomożesz, to ja będę Ci służył do

końca moich dni! No i konsekwencje trwają do dzisiaj, i daj Boże, abym wytrwał w tym, co Bogu obiecałem. Moje życie zaczęło się zmieniać o 180 stopni. Przyszła spowiedź z całego życia, kiedy Pan Bóg zaczął mi pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Zacząłem słuchać mądrych kaznodziejów, którzy przemówili do mnie ludzkim językiem. Zacząłem odkrywać autorytety, w tym także sportowców, którzy poszli na maksa za Panem Bogiem i nie wstydzą się wiary. Zapragnąłem tego samego. Zacząłem odkrywać, że On nie jest odległy, ale bliski, że jest przyjacielem i można z Nim rozmawiać tak, jak my tutaj.

Czym jest według Pana prawdziwa wiara?

Zaczyna się wtedy, kiedy uznam, że jestem słaby i nie mam siły unieść ciężarów, które mnie przygniatają. Można od tego uciec na różny sposób – albo dostrzec, że jest Ktoś większy ode mnie, kto wie, co jest dla mnie najważniejsze, najlepsze. To doświadczenie wiary zdobywa się nie w jednej chwili, ale przez szczerą, płynącą z głębi serca modlitwę. Mogę powiedzieć z własnego doświadczenia – nie chcę nikogo pouczać – co Pan Bóg zrobił w moim sercu. Stanąłem przed Nim w takiej modlitwie: Panie Boże, ja nie chcę niczego udowadniać, nie chcę już nic próbować samemu, ale wiem, że Ty jesteś wszechmogący.

Kolejnym kluczem było dla mnie Pismo Święte. Zacząłem czytać Biblię i tam poznałem, kim naprawdę jest Jezus. Do takiego osobowego Boga zacząłem się zwracać. W pewnym momencie oddałem Mu wszystkie swoje czyny, myśli, emocje, by On kształtował je, jak sam chce. Aby zajął się moim życiem. Nie powiem, pojawił się w moim sercu strach, że może Pan Bóg będzie mi kazał iść do seminarium, na księdza, albo ześle mi jakaś chorobę. Te obawy biorą się stąd, że człowiek nie wie do końca, kim jest Pan Bóg, który chce naszego szczęścia. Każdy z nas ma swoją indywidualną drogę do Niego. I On ma indywidualną drogę dla każdego z nas. Wie, do czego jesteśmy zdolni, i robi wszystko, byśmy w naszej wolnej woli potrafili kochać już tutaj.

Jak pogodzić praktyki religijne z treningami?

Trudne jest połączenie Pana Boga ze sportem, stąd nie ma wielu wierzących – a przynajmniej otwarcie mówiących o swojej wierze – sportowców. Żeby być naprawdę dobrym sportowcem, trzeba być w jakimś stopniu egoistą, gdyż robi się w sporcie wiele na własny rachunek. Trenuje się setki godzin, dni, tygodni i lat, te same techniki, by być najlepszym. Oczywiście na tym cierpią najbliżsi i relacje rodzinne. Ćwiczysz, wyjeżdżasz na zgrupowania, na zawody. Cały świat kręci się wokół sportu. Bywało, że w ciągu roku nie było mnie w domu blisko dwustu dni. Płaci się wysoką cenę.

Zacząłem zapraszać Pana Boga do każdej walki. Przed każdym treningiem była chwila na modlitwę. Nie prosiłem o zwycięstwo, ale o siły do walki, żebym tym, co robię, realizował Jego wolę. Abym talenty, które mi dał, potrafił rozwijać tak, jak On chce. To stało się moją drogą. Nie tyle zwycięstwa czy porażki, ile walka do samego końca – wiara, mimo przeciwności. Moim mottem, które mi towarzyszy w walce i wierze, brzmi: jeśli trenuję po to, by pokonać przeciwnika, jestem głupcem. Jeśli trenuję dla własnej doskonałości, jestem na dobrej drodze. Jeśli trenuję, by służyć innym – ludziom i Panu Bogu – to jestem na ścieżce prawdziwego wojownika. W tym znalazłem powiązanie judo i wiary.

Jakie były reakcje kolegów, trenera, kiedy Pan przed zawodami czynił znak krzyża?

Nie pamiętam, bym spotkał się kiedyś z niechęcią. Koledzy czy koleżanki z maty widzieli, że na serio traktuję każdy trening i zawsze wkładam serce w to, co robię. W kadrze narodowej są właśnie tacy ludzie, którzy angażują się całkowicie w to, co robią, i mają ogromny szacunek do ciężkiej pracy. Nigdy też nie obnosiłem się z pobożnością. Żyjąc w katolickim kraju, spotykałem się zawsze z pozytywnym przyjęciem. Inaczej było w krajach, gdzie dominował islam. Kiedyś na zawodach, w czasie grand prix, kiedy wykonałem znak krzyża, po walkach podeszli do mnie organizatorzy i powiedzieli, że jeśli jeszcze raz to zrobię, grozi mi nawet dyskwalifikacja. Ja się tym nie przejąłem i walczyłem dalej – i nic mi nie zrobili. Na pierwszym czarnym pasie – pasie mistrzowskim – który zdobyłem, a to był czas, kiedy odchodził Jan Paweł II – z szacunku do niego napisałem: Totus Tuus. Jeszcze do końca nie byłem świadomy tego, co napisałem, ale z czasem, po latach, dobrze to zrozumiałem.

Postanowił Pan dzielić się swoją wiarą i przybliżać innym Pana Boga przez sport.

Podjąłem posługę w stworzonej przez ks. Michała Misiaka siłowni w Łodzi – „Mocni w Duchu”, gdzie przychodzili ludzie z ulicy, którzy chcieli wraz ze mną trenować. Każdy trening zaczyna się od modlitwy: prośby o męstwo oraz o łaskę budowania braterstwa, jedności w walce. Spotykamy się trzy razy w tygodniu jako wspólnota Wojowników Maryi.

Czy przez sport można przemycić innym Pana Boga?

Kiedyś na spowiedzi usłyszałem: Pan Bóg potrzebuje swoich ludzi wszędzie – w polityce, w sporcie, w szkolnictwie. Wszędzie tam, gdzie cię Pan Bóg postawił, rozwijaj swoje talenty na Jego chwałę. Jeśli masz otwarte serce, On poprowadzi cię i zrobi z tego dobry użytek.

Jest Pan liderem łódzkiej męskiej grupy różańcowej Wojowników Maryi. Jak Pan docierał do facetów, którzy odmawiają codziennie Różaniec?

Wojownicy Maryi to wspólnota mężczyzn, którzy świadomie chcą przeżyć swoje życie, walczą nie w fizyczny, ale w duchowy sposób. Chcą być posłusznymi Panu Bogu i Matce Bożej, która jest mistrzynią ich życia – stąd Wojownicy Maryi. Naszym duchowym przewodnikiem jest salezjanin, ks. Dominik Chmielewski, który organizuje co miesiąc męskie ogólnopolskie spotkania formacyjne. Ja w swoim życiu miałem taki moment, kiedy szukałem prawdziwych męskich wzorców, także w Kościele. Właśnie na to Pan Bóg mnie złowił. Trafiłem do grupy facetów, którzy się modlą, i zobaczyłem, że to są realni goście – kibice, biznesmeni, bezrobotni, nauczyciele – a łączy ich Różaniec i modlitwa do Matki Bożej o to, by nie zdezerterować w najtrudniejszych momentach życia. To jest batalia, w której trzeba mieć siłę, żeby zaprzeć się siebie i tego, co mi się podoba! Charyzmatem naszej wspólnoty jest walka – do której stworzony jest każdy mężczyzna. Mamy walczyć z trudnościami i przeciwnościami, i nie wymiękać. Współczesny świat pokazuje, że możemy sięgnąć po każdą przyjemność, dogadzanie sobie, a nie ma obszaru, by się zmagać ze sobą, zawalczyć o siebie, o relacje, o miłość.

Co czuje wojownik Maryi, widząc tęczową aureolę Matki Bożej?

W moim sercu zrodził się ogromny ból i smutek, bo ktoś obraził moją Mamę. Rodzi się także pytanie: co w tej sytuacji zrobiłby Jezus? Uważam, że największą bronią wojownika Maryi powinna być niewinność i czystość, jaką miał Jezus. Kiedy tłum przyprowadził do Niego cudzołożnicę pochwyconą na grzechu, On powiedział: „Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”. I tłum się rozszedł. Jakie Jezus musiał mieć niesamowicie czyste oczy, że oni odeszli! To jest droga dla nas. Dbać o osobistą świętość, by poznali nas po tym, jak kochamy swoich braci i siostry, mimo że nas opluwają czy ciągają po sądach. To jest nasza droga, droga męstwa z Maryją. Ona jest moją przewodniczką, bo jest wrażliwa, nieskazitelna. I to jest ta siła, której faceci potrzebują, by być jak najlepszymi mężami i ojcami, którzy rozumieją żonę i dzieci. Właśnie dlatego jestem wojownikiem Maryi.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 16 października

Ucisk i utrapienie spadną na każdego człowieka,
który dopuszcza się zła

Dziś w Kościele:
środa, XXVIII tygodnia zwykłego 
+ spomnienie św. Jadwigi Śląskiej
+ Czytania liturgiczne (rok C, I): Rz 2,1-11, Ps 62, Łk 11,42-46
+ Komentarz Bractwa Słowa Bożego do czytań

Po Anielskiej serii przypominamy Spotkania z Aniołami - seria I (co dzień nowy odcinek)
1. Po co są Aniołowie?
2. Dogmaty anielskie
3. Misja anielska
4. Anioły w Starym Testamencie; 5. Chrystus jest centrum świata; 6. Aniołowie w chwilach pokusy; 7. Aniołowie opiekują się Kościołem;
8. Imiona Anielskie

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



Najczęściej czytane artykuły



Najczęściej czytane komentarze



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -