17 sierpnia
środa
Zanny, Mirona, Jacka
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Tak zaczęło się moje nawrócenie

Ocena: 0
652

Dotarłem do ściany i wtedy zacząłem szukać Pana Boga. - mówi por. rez. Karol Cierpica, lider Wspólnoty i Szkoły Ewangelizacji Sursum Corda w Krakowie, w rozmowie z Iwoną Budziak

fot. archiwum prywatne

Miewa Pan sny?

Niestety nie. Ale śpię dobrze.

 

W wojsku było inaczej?

Był okres, kiedy w ogóle nie spałem. Trwało to rok. Przychodziłem z pracy, patrzyłem na zegarek, była godzina szesnasta, a ja sprawdzałem, ile czasu pozostało mi do następnego poranka. Po trudnym dniu marzyłem tylko, żeby zasnąć, a nie mogłem, byłem permanentnie zmęczony, na ciągłym standby’u.

 

Po ilu latach służby to się zaczęło?

Po ponad dwudziestu.

 

Bał się pan zasnąć?

Po prostu nie mogłem. Zdiagnozowano u mnie depresję, fobię społeczną, nie chciałem dłużej żyć, nie widziałem przed sobą celu.

 

Pan często o służbie w wojsku opowiada jako o przywileju, zaszczycie.

Bo tak jest. Ja od dziecka chciałem być żołnierzem, mówiłem do siostry: szkoda, że nie urodziłem się wcześniej, kiedy można było walczyć za ojczyznę. I gdy wstąpiłem do wojska, to było spełnienie moich marzeń, od razu poczułem się tam jak ryba w wodzie. Większość służby spędziłem w elitarnej jednostce 6. Brygady Powietrznodesantowej.

 

Lubił pan te pobudki, musztry, czołganie się po poligonie?

Bardzo. Byłem dowódcą sekcji drużyn rozpoznawczych, plutonów. Lubiłem noce spędzane na poligonach, spadochroniarstwo, wspinaczkę, pracę z młodymi ludźmi.

 

Wyjazdy na misje wojskowe tego nie zmieniły? Z bliska widział pan tam brutalność wojny.

Pamiętam, jaki byłem przejęty, gdy przed wyjazdem na moją pierwszą misję do Bośni własnoręcznie przyszywałem sobie do munduru plakietkę z napisem „Poland”. Nasz 16. batalion służył tam w ramach programu „Partnerstwo dla Pokoju”. Kiedy przyjechałem do domu, żeby się tym pochwalić, moja mama się rozpłakała: „Synku, przecież tam jest wojna” – powiedziała. Nie rozumiałem jej, rozpierała mnie duma, że będę reprezentował swój kraj. Mama dała mi różaniec, zabrałem z domu Pismo Święte, ale w ciągu wszystkich lat służby nie przebrnąłem nawet przez Księgę Rodzaju. Na tej misji zobaczyłem, jak wygląda świat po wojnie. Jechaliśmy przez Bośnię i wzdłuż drogi kilometrami ciągnęły się wioski, w których nie przetrwał w całości żaden dom, wszystkie zostały albo zburzone, albo podziurawione pociskami. Tam w ludziach wciąż było ogromne napięcie. Zaledwie przed kilku laty żyli w zgodnych, mieszanych rodzinach, po wojnie potrzeba było wojsk stabilizacyjnych, żeby konflikt nie rozgorzał na nowo. Kiedy przychodziły święta i miejscowi tłumnie szli na przykład na cmentarz, brali ze sobą grabie, widły, drągi, gotowi się bić. Po ludzku to było zrozumiałe: na terenach byłej już Jugosławii dochodziło do czystek etnicznych, morderstw na wielką skalę, gwałtów, w środku Europy znów były obozy koncentracyjne.

 

Teraz, w czasie wojny w Ukrainie, masakra na ludności cywilnej w Buczy przypomniała światu o strasznym ludobójstwie w Srebrenicy.

To była krwawa, bratobójcza wojna. Potem ci ludzie, którzy przeżyli Srebrenicę, obozy, widzieli przysypane wapnem zbiorowe mogiły swoich sąsiadów, musieli się nauczyć na nowo obok siebie żyć. W ramach misji staraliśmy się im w tym pomóc.

 

Po powrocie z Bośni znów wyjechał pan na misję. Jak do tego doszło?

Decyzje o tym, dokąd zostanie wysłana armia, podejmują politycy, nie żołnierze. Wtedy byliśmy już w NATO, w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego sformowano siły ISAF, gotowe do misji ekspedycyjnej w Afganistanie.

 

Jechał pan do kraju, w którym trwała wojna. Nie bał się pan?

To była wojna z Al-Kaidą, rozpoczęta po ataku terrorystycznym 11 września 2001 r. na nowojorskie WTC. W pierwszym jej okresie prowadzone były działania ofensywne, chodziło o uderzenie w talibów i przejęcie terenów przez nich kontrolowanych, potem wojna przemieniła się w operację pokojową. Zmniejszały się jednostki bojowe na korzyść szkoleniowych, przygotowujących struktury afgańskiego wojska, policji, administracji i pomagających w odbudowie tego kraju. Uczestniczyłem w tej drugiej fazie.

 

Jak pan znosił te częste i długie rozłąki z rodziną?

Prawdę mówiąc, pobyty w kraju między służbami wcale mi się nie podobały. Popadłem w stan, który nazywaliśmy „syndromem misjonarza”. Służba w armii to był konkret, a w domu czekała na mnie szara rzeczywistość. Tam ochranialiśmy transporty z pomocą humanitarną, docieraliśmy do ludzi żyjących na granicy ubóstwa, poza cywilizacją. Afganistan jest jednym z najuboższych państw świata, a przy tym to największy na świecie producent opium, stamtąd pochodzi 95 proc. heroiny, która trafia do Europy, produkcją i handlem narkotykami zajmowali się talibowie, z którymi tam walczyliśmy. Każdy z nas wiedział, że jest małą cegiełką w przywracaniu pokoju. Amerykanie świetnie rozumieli, że walkę o bezpieczeństwo swojego kraju lepiej prowadzić daleko od jego granic, by nie trzeba było tego robić u siebie. Teraz, gdy trwa wojna za polską granicą, też czujemy to bardzo mocno.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 17 sierpnia

Środa, XX Tydzień zwykły – wspomnienie św. Jacka, prezbitera
Żywe jest słowo Boże i skuteczne,
zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.

+ Czytania liturgiczne (rok C, II): Mt 20, 1-16a
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz



POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter