19 lipca
piątek
Wincentego, Wodzislawa, Marcina
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Przed świtem

Ocena: 4.9
1841

Oto jesteśmy na roratach, niemal w komplecie: i tata, i mama, i pięcioro dzieci, od licealisty po przedszkolaka.

fot. Pixabay, CC0

Dopiero drugi dzień Adwentu, a ja się doczekałam! Oto jesteśmy na roratach, niemal w komplecie: i tata, i mama, i pięcioro dzieci, od licealisty po przedszkolaka. Po raz pierwszy w takim składzie, bo dotychczas rodzinna reprezentacja bywała mocno okrojona. Na przeszkodzie stało sto spraw: tryb pracy, dojazdy do szkoły, duża rozpiętość wieku albo zgoła wiek zbyt młodociany, zróżnicowane potrzeby każdego po kolei domownika – cała ta skomplikowana mieszanina utrudniająca lub wręcz uniemożliwiająca wspólne wyjścia. Zwłaszcza mama ślęczała – przez kilkanaście lat – w grudniowe poranki w domu, pilnując niemowląt i maluchów, robiąc śniadanie starszakom, nasłuchując transmisji rorat z katedry św. Floriana w Radiu Warszawa, czekając na ten właśnie dzień… Ależ warto było czekać!

Sześcioletnia Hesia znalazła się w tych okolicznościach po raz pierwszy, na własną, zdecydowaną prośbę, wyartykułowaną poprzedniego dnia najbardziej pod wpływem pospolitego ruszenia wśród starszego rodzeństwa, pod hasłem: „Kto na roraty?”. Oczy się kleją, jednak zmysły wyostrzone: bo chłód, bo półmrok, bo ogniki lampionów, bo wieniec z trzema świecami białymi i jedną lila, bo dziwna świeca w niebieskiej sukience. 

Nowe to wszystko bardzo, inne jakieś, tajemnicze. – A to? – pada pytanie – Co to jest, mamo, to czarne? – Czarne? Gdzie? – szukam wzrokiem w kierunku wskazanym przez palec córki, gdzieś w prezbiterium, nad Matką Bożą z najczystszym sercem, w promiennej koronie na głowie. Czarne? – No, tu, i tam też – palec pokazuje teraz górną część nawy bocznej, i już wiem! To są okna!

Ilekroć Hesia tu była wcześniej, w tym miejscu znajdowały się kolorowe obrazy z prześwietlonych słońcem witraży. Teraz słońca nie ma. I są ślepe, czarne plamy. – No przecież widziałam – tłumaczy mi Hesia – tylko nie rozumiałam!

A naprawdę jest co zrozumieć. Siostra Małgorzata Borkowska, benedyktynka, w swojej najnowszej książce „Ryk oślicy” pisze, że modlitwa kontemplacyjna przypomina uparte, cierpliwe, wytrwałe, mężne siedzenie przed oknem. Bo tylko czasem, i raczej na początku, widać tam miłe oku i sercu kolorowe szybki. Przez większość czasu za oknem panuje ciemność, nic nie wskazuje na to, że coś tam jest, i nie wiadomo, kiedy się rozwidni. Chodzi wyłącznie o to – na tym polega wiara – by przy tym oknie trwać, żeby nie odejść zniechęconym i dotrwać do brzasku. Bo nic nie jest pewniejsze – znów według wiary – niż to, że wreszcie pojawi się brzask. Może dopiero na sam koniec?

A tu dopiero początek Adwentu. Jeszcze tyle razy popatrzę oczami mojego dziecka w czarne okna, oczekując wschodu słońca nad tą naszą krainą mroku. I jeszcze tyle razy, nie tylko w Adwencie, ale w życiu, będę kurczowo lub ufnie trzymać się nadziei: że to, iż moje okno jest czarne, nie znaczy, że ono takie rzeczywiście jest. I że nie zawsze będzie czarne. Świt nadejdzie, wcześniej czy później. Obym i tego umiała się doczekać!

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktorka i felietonistka "Idziemy". Autorka książek "Cudownie być mamą" i "Pierwsza Biblia mojego dziecka". Wraz z mężem wieloletnia animatorka Spotkań Małżeńskich. Mama dwóch córek i czterech synów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 19 lipca



Najwyżej oceniane artykuły

PATRONUJEMY

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -