26 czerwca
niedziela
Jana, Pawla
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Nadzieja jest większa

Ocena: 4.2
784

Uważam, że Bóg dał mi cierpienie w jakimś celu. To mój krzyż, który ofiarowałem za Kościół na Ukrainie. - mówi ks. Andrzej Bafeltowski SAC w rozmowie z Moniką Odrobińską

fot. Monika Odrobińska

Od prawie 30 lat porusza się ksiądz na wózku. Dlaczego nie chciał ksiądz modlitwy o uzdrowienie?

To było kilka lat po wypadku – znajomy ksiądz zabrał mnie na pielgrzymkę na Jasną Górę z Odnową w Duchu Świętym. W czasie nabożeństwa nagle poczułem na sobie czyjeś ręce i usłyszałem słowa modlitwy. Obruszyłem się i powiedziałem charyzmatykowi, żeby uszanował moją wolność. Uważam, że Bóg dał mi cierpienie w jakimś celu. To mój krzyż, który ofiarowałem za Kościół na Ukrainie. Jeśli Bóg będzie chciał mnie uzdrowić, to zrobi to.

 

W latach 90. XX w. Kościół katolicki na Ukrainie dopiero się odradzał. Jaki ksiądz miał w tym udział?

Już w seminarium chciałem być misjonarzem na Syberii, ale zaraz po święceniach przełożeni wysłali mnie na Ukrainę. Przybyłem tam 24 sierpnia 1991 r., w dniu odzyskania przez ten kraj niepodległości. Przez dwa lata pomagałem w parafii katedralnej w Żytomierzu, ale ciągnęło mnie dalej na wschód. Przełożeni dali mi jednak małą parafię w Biłohirii koło Krzemieńca. W XVII-wiecznym podominikańskim kościele było do tego czasu kino, a w klasztorze stacjonowały milicja i wojsko; wziąłem się za pierwsze remonty.

Mijał miesiąc od objęcia przeze mnie parafii, wracałem od przełożonego z pieniędzmi na remont, gdy samochód wpadł w poślizg, a ja dostałem w głowę maszynką do gotowania czy telewizorem, bo wiozłem różne sprzęty. Ze złamanym kręgosłupem wylądowałem w szpitalu w Chmielnickim. Po operacji zostałem przewieziony do Polski, do Konstancina. Gdy opuszczałem szpital po trzech miesiącach leżenia, na wózku wytrzymywałem ledwie godzinę – byłem słaby, mdlałem, a w rękach nie mogłem utrzymać łyżki, nie mówiąc o kielichu mszalnym. Przełożeni ściągnęli mnie do seminarium pallotyńskiego w Ołtarzewie, gdzie początkowo leżałem, patrząc w sufit. Studiujący tam klerycy z Ukrainy powiedzieli, że nawet leżąc, mogę spowiadać, i tego się uchwyciłem. Stałem się ich ojcem duchowym, a oni – przyuczeni przez rehabilitantkę – ćwiczyli ze mną każdego dnia.

 

Przed wypadkiem był ksiądz aktywny i nagle przyszło uwięzienie we własnym ciele. Jak wyglądała droga do wewnętrznego pokoju?

Przy tego typu urazach, jakich doznałem, rokowania nie są pewne. Lekarze nie mówią więc, że ich efekty są trwałe, by pacjentów nie pognębiać. Słyszałem, że może za pięć lat z tego wyjdę, starałem się dostrzegać najmniejszą poprawę. A gdy się okazało, że pozostanę na wózku,

otuchy dodawała mi postawa takich osób, jak śp. Piotr Pawłowski ze stowarzyszenia „Integracja” czy znajoma „wózkowiczka”, która urodziła dziecko. Modliłem się: „Boże, przyjmuję to, że mam odtąd jeździć na wózku, ale Ty pomóż mi funkcjonować”.

Początkowo jednak było ciężko, bo pragnąłem odprawiać Mszę świętą, a nie miałem sił. Jednak pewnego dnia, pół roku po wypadku, klerycy zawieźli mnie do kaplicy, gdzie wszystko było przygotowane do Eucharystii. Udowodnili mi, że mogę chwycić Hostię, a jeśli włożą mi do rąk kielich, to go utrzymam. Ta pierwsza sprawowana przeze mnie Msza święta dała mi radość i siłę.

I klerycy, i przełożeni zadbali, bym czuł się potrzebny: spowiadałem, prowadziłem indywidualne rozmowy i konferencje. Rok po wypadku – w 1994 r. – głosiłem je wobec misjonarzy, którzy wrócili z objętej ludobójstwem Rwandy.

 

W przełamaniu cierpienia pomocni okazali się więc ludzie i wewnętrzna motywacja księdza do odprawienia Mszy…

…oraz motywacja do powrotu na Ukrainę, do czego zaraz wrócę. Bóg zawsze działa przez ludzi. Dwa lata po wypadku spędziłem w seminarium na intensywnej rehabilitacji, jeździłem też na turnusy dla osób niepełnosprawnych do Spały. W seminarium zawsze ktoś pomagał mi w codziennych czynnościach, a tam wolontariuszka rano podała mi skarpetki i powiedziała, że na śniadanie pójdziemy dopiero, jak je założę. Trwało to dwie godziny, ale dzięki temu jestem dziś samodzielny. Od innych niepełnosprawnych nauczyłem się jeździć na aktywnym wózku, przesiadać z niego na łóżko i pływać oraz prowadzić samochód. Jako kapelan dziecięcego ośrodka Mazowieckiego Centrum Rehabilitacji Stocer w Konstancinie-Jeziornie sam motywowałem młodych pacjentów z niepełnosprawnościami i stawiałem im wyzwania, zawsze jednak ze współczuciem.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 26 czerwca

Niedziela, XIII Tydzień zwykły
Mów, Panie, bo sługa Twój słucha.
Ty masz słowa życia wiecznego.

+ Czytania liturgiczne (rok C, II): Łk 9,51-62
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
+ Zdrowa odpowiedzialność (komentarz "Idziemy")

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz

- Reklama -


Najczęściej czytane artykuły



POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter