13 czerwca
niedziela
Lucjana, Antoniego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Jezus przywrócił mi sens życia!

Ocena: 0
776

Moje piosenki to tak naprawdę kazania opowiedziane przez bity hiphopowe. - mówi ks. Jakub Bartczak, raper w sutannie, w rozmowie z Martą Dybińską

fot. arch. ks. Jakuba Bartczaka

Skąd u Księdza to niesamowite zaangażowanie w muzykę?

Nie uważam, by było w tym coś niesamowitego – po prostu muzyka jest moim hobby, robię ją w wolnych chwilach. Mam dużo szczęścia, że mogę wykorzystywać swoje hobby do ewangelizacji.

 

Zamiłowanie do muzyki wyniósł Ksiądz ze swojego domu rodzinnego?

Tak. Mój tato, chociaż go słabo pamiętam, był osobą bardzo muzykalną. A później z bratem wychowaliśmy się na MTV, tańcząc i śpiewając.

 

Dlaczego warto dzielić się swoją wiarą?

Warto, ponieważ wielu ludzi czeka na nasze świadectwo. Ich serca wypełnione są pustką, którą może zapełnić jedynie Bóg. I nawet jeśli jest to trudne albo wydaje się nam, że tego nie umiemy, to Bóg zaprosił nas do współudziału w zbawieniu świata.

 

Hip-hop i ewangelizacja – to się nie kłóci?

Jak widać na moim przykładzie, ale też wielu młodych – nie kłóci się. Mój hip-hop i ewangelizacja to jedno i to samo. Moje piosenki to tak naprawdę kazania opowiedziane przez bity hiphopowe. I przy pomocy rymów. W całości są o Jezusie, o relacji z Nim. Wiem od wielu ludzi, że moja muzyka, moje płyty towarzyszą im podczas jazdy samochodem. Rytm hiphopowy i treści Ewangelii to forma relaksu po bożemu.

 

Nie miał Ksiądz obaw, że jednak z hip-hopem trzeba będzie się rozstać? Że Kapłaństwo i ten rodzaj muzyki po prostu nie zagrają?

Szedłem do seminarium z myślą, że chcę Bogu oddać wszystko, w tym zajawkę rapową. Przed seminarium miałem piękne życie z trudnymi momentami, ale bardzo szczęśliwe. Jednak dużo wcześniej w głębi serca mierzyłem się z tym pragnieniem, by wstać i pójść. Swej decyzji, poza trudnym czasem seminarium, nie żałuję i nigdy nie żałowałem, a wręcz przeciwnie – uważam, że to była najlepsza decyzja mojego życia. Szczególnie, gdy szedłem do seminarium, kilka miesięcy po śmierci brata – to był dla mnie bardzo trudny czas i to nie rap przywrócił mi sens życia, a Jezus.

 

Decyzja o wstąpieniu do seminarium była dla Księdza najbliższych dużym zaskoczeniem?

Bardzo się zdziwili. Niektórzy zadawali bardzo dziwne pytania o Kościół, sposób życia księży. Wielu nie dowierzało, twierdząc, że na pewno wrócę po tygodniu albo miesiącu. Chyba sam trochę nie dowierzałem, że faktycznie zostałem przyjęty i raczej wątpiłem, czy faktycznie coś z tego będzie poza oryginalnymi wczasami czy rekolekcjami. Jednak z czasem moi koledzy zaczęli szanować moją decyzję. Odkryli, że jestem w tym autentyczny. Zaczęły się rozmowy o Bogu, wierze. Zobaczyli, że zmieniłem swój sposób bycia. Z wielu rzeczy, które kiedyś wspólnie robiliśmy, zrezygnowałem w imię powołania.

 

Koledzy z podwórka nie śmiali się z tej decyzji?

Nigdy się nie śmiali.

 

Łatwo dziś być Księdzem, kiedy wiara jest wyśmiewana?

Myślę, że stopień trudności w kapłaństwie jest zawsze podobny. Ksiądz to człowiek trochę nie z tego świata, który żyje zupełnie innymi problemami niż ludzie świeccy. Wyszedłem ku kapłaństwu po przygodę, więc te czasy sprzyjają temu, by przeżyć kapłaństwo jako przygodę.

 

Co w kapłaństwie jest dla Księdza najtrudniejsze?

Najtrudniejsze bywają niekiedy relacje z ludźmi. Wszędzie, gdzie są ludzie, pojawiają się różne zdania, opinie, a nie raz ktoś ma gorszy dzień. Ja na szczęście lubię ludzi, inaczej kapłaństwo byłoby dla mnie naprawdę bardzo trudne. Jako ksiądz odkrywam również, że szczególnie jestem ludziom potrzebny w trudnych sytuacjach, więc noszę nieraz w sercu te różne tragedie, problemy... Co też jest przykre i trudne, jednak z Bogiem do udźwignięcia. Poza tym czuję się wtedy potrzebny.

 

Co znaczy być wolnym człowiekiem?

To znaczy czuć się na swoim miejscu. I mieć poczucie sensu w tym, co się robi. Być pewnym swego.

 

Nawet w przypadku, kiedy człowiek spotyka się z niechęcią z którejś strony? Czasami trudno bronić swojego zdania...

Te trudności to wyzwanie. Bronić wiary to bronić sensu życia. Wiara to nadzieja. Występuję w imieniu nadziei, więc zawsze jestem po tej lepszej stronie niż ci, którzy reprezentują brak nadziei. Czasami rzeczywiście może zrobić się przykro, gdy ludzie wokół negują czy wręcz naśmiewają się z ludzi wierzących, ale tak było zawsze. Ludzie by nie pytali o Boga, gdyby nie fakt, że bez Boga jest im tak naprawdę jeszcze trudniej. Więc mimo że nieraz kpią albo mówią przykre rzeczy, w głębi duszy zazdroszczą nam, wierzącym.

 

Co daje Księdzu najwięcej satysfakcji?

Satysfakcję daje mi samo tworzenie muzyki. Jeśli odbiorcy rzeczywiście podczas słuchania pomyślą o Bogu, kwestiach wiary. Mam satysfakcję, gdy moja muzyka podnosi ludzi na duchu.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 13 czerwca

XI Niedziela zwykła
Ziarnem jest słowo Boże, a siewcą jest Chrystus,
każdy, kto Go znajdzie, będzie żył na wieki.

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Mk 4,26-34
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
+ Zacznij słuchać Jezusa! (komentarz "Idziemy")

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY


- Reklama -


E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter