10 sierpnia
środa
Borysa, Filomeny, Wawrzynca
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Dłużnik Brata Alberta

Ocena: 0
615

Dokumentacja medyczna została przekazana w tajemnicy, pod osłoną nocy. Watykan uznał cud. - mówi Albert Szułczyński, uzdrowiony za wstawiennictwem św. Brata Alberta Chmielowskiego, w rozmowie z Marią Osińską

fot. archiwum rodzinne Alberta Szułczyńskiego

Historia Pana życia rozpoczyna się od niezwykłej łaski. Co się stało?

Urodziłem się zupełnie zdrowy 19 marca, we wspomnienie św. Józefa, w rodzinie Barbary i Waleriana Szułczyńskich, jako ósmy, najmłodszy syn. Gdy wróciliśmy ze szpitala do domu, moja mama nagle zauważyła, że stałem się dziwnie żółty. Taka żółtaczka fizjologiczna u niemowląt zdarza się, ale nie tak późno – nie po kilku dniach od wyjścia ze szpitala. Zaniepokojona mama włożyła mnie do wózka, wsiadła w tramwaj i pojechała do szpitala. Był to szpital wojskowy na ul. Szaserów w Warszawie. Tam dali mamie przepustkę na dziesięć dni. Zdziwiona zapytała: „To on będzie tu aż dziesięć dni?”, na co lekarz odpowiedział: „A to myśli Pani, że tyle nie przeżyje?”. I tak się zaczęła moja historia…

 

Jaką postawiono diagnozę?

Po zrobieniu badań okazało się, że mam sepsę i dodatkowo uremię, czyli tzw. mocznicę, bardzo duże stężenie mocznika we krwi, kilkakrotnie powyżej normy. Dodatkowo niedotlenienie mózgu, problem z sercem – wszystko naraz.

 

Jakie były rokowania?

Żadnych! Konsylium lekarskie po codziennych obchodach nie wykazywało optymizmu. Lekarze nie dawali mi żadnych szans… zupełnie żadnych. Sugerowali mamie, że czas się z dzieckiem pożegnać. Mama, która przyjaźniła się z matką Klaudią Niklewiczówną, ówczesną przełożoną warszawskiego Zgromadzenia Sióstr Wizytek, z zawodu lekarzem, skonsultowała z nią wyniki moich badań. Matka Klaudia potwierdziła diagnozę lekarzy i też sugerowała, żeby przygotować się na najgorsze. W międzyczasie udało się podać mi płyn Lugola w związku z wybuchem w Czarnobylu. Jak się okazało, byłem uczulony na jod, główny składnik tego płynu, co jeszcze bardziej utrudniło tę i tak nieciekawą sytuację. I zaczęła się walka. Przetaczanie krwi; wszystkie żyły, które mam w ciele, do których można było podłączać aparaturę, pękały. Już nie byłem w stanie przyjąć żadnych igieł. Została tylko jedyna żyła w nodze, do której miałem podłączone wszystkie aparatury. Do dziś mam tam bliznę. Położyli mnie w namiocie tlenowym.

 

Lekarze nie widzieli dla Pana ratunku, ale dla Nieba nie ma przecież rzeczy niemożliwych…

Wspomniana matka Klaudia, mająca prywatne nabożeństwo do już wtedy błogosławionego Brata Alberta Chmielowskiego, zaproponowała: „Słuchaj! Może daj mu na imię Albert? I niech albertynki modlą się za niego!”. Zatelefonowała do domu generalnego albertynek, opowiedziała moją historię, a one niezwłocznie podjęły modlitwę nowenną do bł. Brata Alberta. Podczas tej nowenny wszystkie domy albertyńskie na całym świecie modliły się o uzdrowienie małego Alberta w szpitalu w Warszawie. Modliły się o 17.00, w godzinę śmierci Brata Alberta, uwzględniając różnice czasu w różnych krajach.

 

Został Pan ochrzczony w szpitalu?

Tak. Mama sama ochrzciła mnie wodą, ale chciała, abym został ochrzczony przez księdza z namaszczeniem olejem krzyżma. A to był 1986 rok, czas komuny, szpital wojskowy, w związku z czym sprowadzenie księdza było dość trudne. Przyszedł dzień, kiedy udało się ściągnąć kapłana do szpitala. To był 2 maja. Ojciec Jan Wolny, paulin, przyjechał w stroju świeckim w obawie, że nie zostanie wpuszczony na oddział, i w łazience szybko przebrał się w koloratkę. Udało się „złapać” dwoje ludzi, którzy zgodzili się być chrzestnymi. Matką chrzestną została pielęgniarka Halina Sus, która pracowała na tym oddziale, i to ona pobiegła piętro wyżej na oddział, gdzie siedział oficer Wojska Polskiego Janusz Kukier, odwiedzający swojego syna. Poprosiła go, aby podał mnie do chrztu, bo dziecko umiera. Zgodził się na przyjęcie tego obowiązku. Tata – poinformowany telefonicznie – przyjechał szybko z domu, z Kampinosu, i chrzest się odbył.

 

Wtedy stał się cud?

Po tej nocy, 3 maja nad ranem, do mojej mamy zadzwoniła chrzestna, która schodziła z dyżuru, prosząc, aby przyjechała rano do szpitala i zamknęła mi oczy, bo ona nie da rady, a są to moje ostatnie chwile. I kiedy mama przyjechała rano do szpitala, zobaczyła, że namiot tlenowy, w którym leżałem, jest pusty. Obawiając się, że już umarłem, wyszła z sali. Na końcu korytarza zauważył ją ordynator oddziału dziecięcego, który zaczął biec do mamy i cytować słowa Inwokacji z „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza: „I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu iść za wrócone życie podziękować Bogu”. Słowa, które padły z ust wojskowego w takim momencie, to był pierwszy cud; cud przeświadczenia lekarza, że wydarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć.

 

Ma Pan poczucie, że otrzymał Pan drugie życie?

Tak! 19 marca, we wspomnienie św. Józefa, urodziłem się, a 3 maja, w święto Matki Bożej, zyskałem drugie urodziny. Tuż po ustaniu objawów choroby zaczęły się badania. Okazało się, że jestem w stu procentach zdrowy, wszystkie uszkodzone uprzednio organy działają, wszystko jest sprawne i się rozwija. Tylko mama wspomina, że byłem bardzo zmęczony, że przez sen bardzo ciężko, głęboko oddychałem.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 10 sierpnia

Środa, XIX Tydzień zwykły – święto św. Wawrzyńca, diakona i męczennika
Kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną,
a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa.

+ Czytania liturgiczne (rok C, II): J 12, 24-26
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz



POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter