17 stycznia
piątek
Antoniego, Rościsława, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wyzwolona nadzieja

Ocena: 0
995

Przyjazd Ojca Świętego w 1979 r. przyniósł skutki widoczne już rok później – mówi prof. dr hab. Wojciech Roszkowski.

fot. Telewizja Salve

Z prof. dr. hab. Wojciechem Roszkowskim, historykiem z Instytutu Nauk Politycznych Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Piotr Kościński

Mija czterdzieści lat od pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski (2-10 czerwca 1979 r.). Na ile wpłynęła ona na sytuację w naszym kraju?

Pielgrzymka miała ogromny wpływ na rozbudzenie świadomości obywatelskiej i patriotycznej polskiego społeczeństwa. Tych około dziesięciu milionów Polaków, którzy wyszli na spotkanie papieża, to mniej więcej ta sama grupa ludzi, która później tworzyła „Solidarność”. Jest to najlepszy dowód, że obecność Ojca Świętego w Polsce i jego przesłanie wyzwoliły w ludziach nadzieję.

W tamtym okresie władze z Edwardem Gierkiem na czele znajdowały się w ogromnych tarapatach: narastało zadłużenie kraju i kryzys gospodarczy, a bezsensowne gadanie denerwowało nawet członków PZPR. Przyjazd Ojca Świętego przyniósł skutki widoczne już rok później.

Mówi się, że Jan Paweł II miał wielki udział w obaleniu komunizmu. Na czym on polegał?

Józef Stalin pytał kiedyś ironicznie, ile dywizji ma papież. Oczywiście, papież nie dysponuje wojskiem, nie ma czołgów ani samolotów, ale za to można powiedzieć, że sprawuje rząd dusz. Stalin doskonale wiedział, na czym to polega, uprawiał przecież propagandę, niszcząc te dusze, ale w PRL – w odróżnieniu od ZSRR – nasze dusze na szczęście nie były aż tak zniszczone, a wpływ papieża był bardzo silny.

Odziaływanie Jana Pawła II było widoczne przede wszystkim w Polsce, ale echa jego wizyt rozeszły się szeroko, nawet w republikach sowieckich – zwłaszcza na Litwie, Łotwie i Ukrainie, a w mniejszym stopniu na Białorusi; były też widoczne w Czechosłowacji i na Węgrzech. Przekaz o tym człowieku i o tym, jak jest witany w sąsiednim przecież kraju socjalistycznym, pokazywał przede wszystkim, że coś, co uważano za niemożliwe, stało się faktem, że na jego powitanie gromadzi się tak ogromny tłum, że naprawdę ma miejsce ogromna zmiana.

Obchodzimy też trzydziestą rocznicę częściowo wolnych wyborów. Czy można powiedzieć, że w jakiejś mierze były konsekwencją czerwca 1979 r.?

Na pewno tak, ale choć było to dziesięć lat później, była to już inna Polska – po drodze powstała „Solidarność”, wprowadzono stan wojenny i doszło do emigracji setek tysięcy Polaków. Utworzenie „Solidarności” wzbudziło ogromne nadzieje, jej zaś klęska z grudnia 1981 r. doprowadziła społeczeństwo do odrętwienia. Podczas wyborów 1989 r. frekwencja wyniosła zaledwie 62 proc., co pokazuje, że ludzie nie do końca wierzyli, iż pójście do głosowania coś da. W 1981 r. Polacy byli gotowi do niepodległości, ale w 1989 r. nastąpił regres. Co prawda wynik wyborów do senatu – a 99 na 100 mandatów zdobyła w nich „Solidarność” – pokazywał nastroje społeczne, ale stosunkowo niska frekwencja wyborcza dowodziła, że nie udało się zerwać z apatią.

Tamte wybory i dziś budzą emocje. Czy da się spojrzeć na nie chłodno?

Lata mijają i jest coraz większa szansa na obiektywną ocenę wyborów 1989 r., coraz lepiej też znamy kulisy tamtych wydarzeń, a także materiały archiwalne. Rozumiemy też mechanizm ewolucyjnego przekazywania władzy, widzimy błędy strony społecznej i skuteczność komunistów. A ważny jest tu nie tylko sam okres okrągłego stołu i wyborów, ale również kolejne lata.

Powinniśmy się uczyć na błędach strony społecznej, która nie wykorzystała wszystkich pojawiających się szans. Według mnie niemożliwe były żadne bardziej drastyczne zmiany. Tak np. uważali Amerykanie, którzy byli przekonani, że istnieje niebezpieczeństwo antygorbaczowowskiego przewrotu w ZSRR, który mógłby doprowadzić do podjęcia przez Moskwę prób zablokowania przemian. W lipcu 1989 r. gościł w Polsce prezydent USA George H.W. Bush, który poparł kandydaturę Wojciecha Jaruzelskiego na urząd prezydenta Polski.

To fakt, że podczas okrągłego stołu nie można było zanadto poganiać historii. Trzeba było jednak podążać za znakami czasu, czego strona społeczna nie do końca potrafiła uczynić. A już kompletnie przespała styczeń 1990 r. i rozpad PZPR. To było już po przemianach, do jakich doszło w krajach Europy Środkowej, w tym w NRD, Czechosłowacji i na Węgrzech. Trzeba było działać szybciej i skuteczniej, demontując system komunistyczny. I za to można winić premiera Tadeusza Mazowieckiego.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 17 stycznia

Mówię ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu!
Dziś w Kościele: piątek, I tydzień zwykły, wspomnienie św. Antoniego, opata
Czytania liturgiczne (rok A, II): 1Sm 8,4-7.10-22a; Ps 89 (88),16-19; Mk 2,1-12
+ Komentarz Bractwa Słowa Bożego do czytań

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -