13 czerwca
niedziela
Lucjana, Antoniego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wiara pomaga

Ocena: 0
941

Wiele razy na pytanie dziecka, jak długo będzie cierpieć, musiałam powiedzieć: „Już niedługo”. - mówi dr Ewa Załęska-Czepko, onkolog dziecięcy, w rozmowie z  Iwoną Budziak

fot. arch. prywatne dr Ewy Załęskiej-Czepko

Dlaczego wybrała Pani onkologię dziecięcą?

Kiedy byłam na studiach, to był początek lat 80. ubiegłego wieku, w onkologii działo się coś, czego brakowało mi w innych dziedzinach medycyny, dzięki badaniom naukowym zaczęły pojawiać się możliwości leczenia pacjentów, dla których wcześniej choroba nowotworowa oznaczała wyrok. Czułam, że to coś dla mnie. W połowie studiów zaczęłam regularnie przyjeżdżać do Instytutu Pediatrii w Prokocimiu i po ich ukończeniu zostałam w nim na stażu. Prof. Jerzy Armata, szef Kliniki Hematologii i Onkologii, przez rok mnie obserwował, a potem, widząc, że interesuje mnie praca w jego klinice, powiedział: „Zdaje sobie pani sprawę z tego, że nasz oddział to nie ginekologia, gdzie dzieci się rodzą? Tu dzieci umierają”. „Chcę tu pracować” – odpowiedziałam. Dzieci chorowały na białaczki, chłoniaki, guzy mózgu, mięsaki, a my nie mieliśmy żadnych skutecznych metod leczenia tych nowotworów. Prawie w każdym tygodniu któreś z nich umierało, a profesor kazał nam chodzić na ich pogrzeby.

 

To chyba uczyło ogromnej pokory?

W tamtych latach polska onkologia dziecięca była mocno niedofinansowana, a my chcieliśmy leczyć dzieci według najlepszych standardów. Pojawiły się pierwsze cytostatyki, z zachodnich ośrodków badawczych zaczęły do nas napływać protokoły lecznicze, czyli wypracowane przez najlepszych onkologów dziecięcych zasady leczenia chorób onkologicznych. By je zastosować, my sami, lekarze, musieliśmy angażować się w wyszukiwanie i zdobywanie najnowszych leków. Kiedy, po podaniu cytostatyka, dochodziło u pacjentów do pierwszych remisji, czyli wycofania się choroby, robiło to na nas ogromne wrażenie. Prowadziliśmy szczegółową dokumentację historii leczenia każdego pacjenta, zapisując wyniki setek morfologii, każdą odpowiedź organizmu dziecka po podaniu leków, widzieliśmy pierwsze skutki takiego leczenia. Wyniki przesyłaliśmy do ośrodków badawczych, które analizowały tysiące zapisów z wielu szpitali i po ich weryfikacji protokół wchodził na stałe w program leczenia określonej choroby nowotworowej. To było coś wspaniałego i ekscytującego. Wtedy wiedziałam, po co kończyłam medycynę. Zawsze młodszym kolegom pokazuję te pierwsze protokoły, które były cieniutkie w swej objętości w porównaniu z dzisiejszymi i podkreślam ich znaczenie. Co ciekawe, np. w białaczkach zasadniczo się nie zmieniły.

 

Rodzice pewnie często pytają Panią, dlaczego akurat ich dziecko zachorowało, co było tego przyczyną?

Tak, zadają takie pytania, ale w onkologii nie szukamy przyczyny choroby. Leczymy to, co już jest, walczymy z „ósmym obcym pasażerem Nostromo”, jakim w organizmie dziecka jest nowotwór. Kiedy część jakiejkolwiek tkanki nowotworzy i zaczyna atakować organizm, nie doszukujemy się pierwotnej przyczyny, tylko chcemy to nowotworzenie zniszczyć. Wciąż nie wiemy, jak to się dzieje, że komórki nowotworowe są nieśmiertelne. Być może nigdy tego mechanizmu nie zrozumiemy do końca, ale ważne, że potrafimy nad nimi zapanować.

Onkologia nauczyła mnie przytomnego myślenia, że nie można się rozczulać, nawet gdy rodzice, płacząc, proszą dla dziecka o chwilę odpoczynku od leczenia. Trzeba wyłączyć emocje, „chwycić byka za rogi”. Musimy leczyć zgodnie z procedurami, bo to daje nadzieję na wyleczenie.

 

Lekarz nie może pozwolić sobie na okazywanie pacjentowi współczucia?

Dużo łatwiej było mi pracować zaraz po studiach, gdy najważniejsze było dla mnie zdobywanie wiedzy, dobrze przepracowany dyżur, moje „bohaterskie” po nim zmęczenie, ścisłe przestrzeganie protokołów, zdawanie egzaminów. Wtedy wszystko w pracy wydawało się znacznie prostsze, ale kiedy zaczęłam odczuwać więź z pacjentem, pojawiły się emocje, praca stała się o wiele trudniejsza. Lekarz nie powinien przekraczać pewnej granicy, nie powinien wiązać się emocjonalnie, tracić dystansu. Gdy tak się stanie, każde słowo, każdy kontakt, ale też każda decyzja stają się o wiele trudniejsze.

 

Mimo ogromnego postępu obserwujemy w onkologii, że wciąż nie każdą chorobę nowotworową można wyleczyć.

Obecnie udaje nam się doprowadzić do remisji większość pacjentów. Każdy pacjent przychodzi na nasz oddział z nadzieją na wyleczenie, ale czasem leczenie przestaje przynosić efekty i rzeczywiście nie jesteśmy w stanie nic zrobić.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 13 czerwca

XI Niedziela zwykła
Ziarnem jest słowo Boże, a siewcą jest Chrystus,
każdy, kto Go znajdzie, będzie żył na wieki.

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Mk 4,26-34
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
+ Zacznij słuchać Jezusa! (komentarz "Idziemy")

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY


- Reklama -


E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter