19 stycznia
wtorek
Henryka, Mariusza, Marty
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

W przedsionku raju

Ocena: 4.9
931

Promienne uśmiechy witają od progu małego, białego domku. – Zapraszamy do przedszkola trzeciego wieku – mówi jego założyciel.

fot. M.Odrobińska

– Jeszcze pół roku temu mama nie wstawała z łóżka, była wycofana – opowiada Jolanta Giczan, córka pani Leonardy. – Dziś mówi: „Mam 82 lata i czuję się potrzebna”. Poszła do fryzjera, codziennie ochoczo idzie do „swojego ośrodka”, a ja mam pewność, że jest tam dopilnowana i zadbana.

– Sam jestem już „stypendystą ZUS” – mówi Marcin Proskień, syn 91-letniej pani Heleny. – Taka forma opieki to dla mnie wyręka. Wcześniej i tak odwiedzałem mamę w domu codziennie, ale tu przez parę godzin ma ona towarzystwo i opiekę.

– Z biedy wyrosłyśmy, starość przyszła znienacka, a teraz Ameryka – tak o pobycie tu mówią panie Helena i Leonarda, ostatnie siostry z jedenaściorga rodzeństwa.

Skoro Pan Bóg pozwolił tyle żyć, to znaczy, że ma na nas jakiś plan – to przeświadczenie dzielą pensjonariusze „małego” hospicjum – domu opieki dziennej przy ul. Świętojańskiej w Białymstoku – w odróżnieniu od „dużego”, czyli stacjonarnego przy ul. Sobieskiego. „Małe” działa od sierpnia 2019 r.

 


OBIADEM I UŚMIECHEM

Jego założyciel dr Tadeusz Borowski-Beszta mówi, że od kiedy 33 lata temu zaangażował się w działalność hospicyjną, wolontariuszy zsyła mu Opatrzność. Tak było z małymi siostrami Opatrzności Bożej. Trzynaście lat temu we trzy stanęły w drzwiach hospicjum – także Opatrzności Bożej – i zapytały, czy pan doktor przyjąłby do posługi jedną z nich. Dziś s. Bernadeta z Argentyny promiennym uśmiechem nadrabia braki w polszczyźnie, za to chętnie dzieli się z podopiecznymi modlitwami i pieśniami religijnymi po hiszpańsku.

Podobnie było z panem Romanem. – Kiedy 14 lat temu zachorowała moja mama, nie zdążyliśmy oddać jej do hospicjum – mówi. – Dwa tygodnie po jej śmierci zgłosiłem się na wolontariusza. Uczestniczyłem w remoncie, a potem przeszedłem szkolenia i teraz pomagam przy higienie, dźwiganiu, rozmawiam z chorymi, razem śpiewamy i się modlimy.

Dobrym duchem „małego” hospicjum jest pani Cyryla, sama po operacji. Oddaje się teraz innym chorym, ale zamiast o sobie, woli mówić o dr. Borowskim.

– Codziennie przed godz. 13 wsiada w dwudziestopięcioletnie cinquecento i przywozi obiady, choć w wieku 85 lat sam mógłby wymagać opieki. Ale nie on! On jest tu siłą napędową, w dodatku sam jest jednym z wolontariuszy.

Jak pacjent odmawia jedzenia i nie dają mu rady pielęgniarka czy córka, dr Borowski podchodzi i łagodnym głosem perswaduje: „Troszkę białeczka trzeba przyjąć”, i chory dosłownie je mu z ręki.

„Małe” hospicjum od poniedziałku do piątku od godz. 9 do 15 ma obecnie pod opieką czworo pensjonariuszy. Mówi się tu wieloma językami: po polsku, po hiszpańsku, po włosku, po łacinie – albo wcale, jak pan Tadeusz. Ten po udarze nie mówi, ale gdy dla pani Teresy brakuje widelca przy stole, natychmiast podsuwa jej swój. Uniwersalnym językiem jest tu język miłości.

Mówią nim także odwiedzający podopiecznych: dwa razy w tygodniu rehabilitant, raz w tygodniu psycholog i dwa razy w tygodniu terapeuta zajęciowy. Gdy wybija godz. 15, wszyscy są zdziwieni, jak szybko minął czas: na modlitwach, wspólnych posiłkach, śpiewaniu kolęd czy pieśni religijnych, masażach, pracach plastycznych, rozmowach albo na drzemaniu.

Na funkcjonowanie domu opieki dziennej dla osób niepełnosprawnych w stopniu znacznym dr. Borowski-Beszta pozyskał fundusze z tzw. opieki wytchnieniowej ministerstwa rodziny. – Starczało na sześć godzin dziennie przez dwa miesiące, co dla ich pracujących opiekunów jest niewystarczające, w dodatku przysługiwało tylko okresowo, a od stycznia nie ma go wcale. Gdy pytam o przywrócenie funduszy, urzędnicy każą uzbroić się w cierpliwość. Na razie żyjemy z jednego procenta, darowizn, dochodów Towarzystwa Przyjaciół Chorych i „co łaska” rodzin podopiecznych. Ale się nie poddajemy. Szkoda tylko, że nie możemy przyjąć więcej osób.

Bezpłatny dom opieki dziennej nad niepełnosprawnymi jest jednym z pierwszych, a może i jedynym takim ośrodkiem w Polsce. W małym, białym domku podopieczni czują się bezpiecznie: ci sami opiekunowie, wolontariusze i „pan doktor” na obiedzie.

 


DOKTOR CZYTA BABCI

Dr Borowski-Beszta również jako jeden z pierwszych rozpoczynał ruch hospicyjny w Białymstoku. W 1987 r. zarejestrowano stowarzyszenie Towarzystwo Przyjaciół Chorych „Hospicjum”. Początkowo z innymi lekarzami i pielęgniarkami oferowali pomoc w domach chorych. – Niektórzy byli nieufni, bali się, czy ich nie okradniemy – wspomina. – W końcu ktoś się przekonał i mówi: „Wychodzę do pracy, może ktoś poczyta babci, żeby się nie nudziła?”.

Narodził się pomysł stworzenia hospicjum stacjonarnego – w Europie powstawały takie od lat 70. XX w. Miasto zaproponowało im budynek przy ul. Świętojańskiej, i tak przeznaczony do rozbiórki. Zakasali rękawy i własnymi rękami go odremontowali: lekarze, pielęgniarki, wolontariusze, w tym pan Roman. Poświęcenie i otwarcie nastąpiło 13 maja 1992 r.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 19 stycznia

Wtorek, II Tydzień zwykły
+ Wspomnienie św. Józefa Sebastiana Pelczara, biskupa
Syn Człowieczy jest Panem szabatu
+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Hbr 6,10-20; Ps 111,1b-2.4-5.9.10c; Mk 2,23-28
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter