21 kwietnia
sobota
Anzelma, Bartosza, Feliksa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Sprawiedliwi i weterani

Ocena: 0
718

– Na murze w ogrodzie pamięci odnalazłam tabliczkę z moim imieniem i nazwiskiem mówi o wizycie w Yad Vashem Anna Stupnicka-Bando

fot. ks. Henryk Zieliński/Idziemy

Z Anną Stupnicką-Bando, przewodniczącą Polskiego Towarzystwa Sprawiedliwych wśród Narodów Świata rozmawia ks. Henryk Zieliński

 

Czym była dla Pani wizyta w Yad Vashem?

Było to wielkie przeżycie. Na murze w ogrodzie pamięci odnalazłam tabliczkę z moim imieniem i nazwiskiem. Nie odnalazłam jednak tabliczki mojej mamy. A to ona była główną bohaterką w ratowaniu żydowskich dzieci. Ja tylko pomagałam. Z powodu braku tej tabliczki było mi bardzo przykro. Czułam się nieswojo, bo te wywiady, zdjęcia przy tabliczce, to wszystko powinno dotyczyć mojej mamy, a nie mnie. Potem się okazało, że tabliczka z nazwiskiem mamy jest w innym miejscu – rozdzielono nas podczas odnawiania napisów.

 

Kim byli ludzie, których z mamą ratowałyście?

Była to dziewczynka żydowska, którą wyprowadziłam z warszawskiego getta i która zamieszkała z nami w domu. Moja mama była przedwojenną nauczycielką. Podczas okupacji pracowała przy administracji domów i meldunkach na Żoliborzu, Starym Mieście i w getcie. Z tego powodu miała przepustkę na dwie osoby. Nieraz wbrew rodzinie zabierała mnie ze sobą do getta. Chciała, żebym z nią chodziła, by pomóc przenieść za mury getta kawałek chleba czy buraczaną marmoladę.

 

Jaka była Pani rola w ratowaniu żydowskich dzieci?

Któregoś dnia mama powiedziała do mnie: „Jutro wyprowadzisz z getta dziewczynkę”. Tak też się stało. Do lokalu, w którym mama prowadziła meldunki, przyszedł mężczyzna, Hilary Alter, ze swoją córką Lilianą. Dziewczynka była około pół roku młodsza ode mnie. Kiedy zaczął się wczesny zmierzch – było to zimą – musiałyśmy się przebrać, bo ona miała na sobie jaskrawozielone palto, ja zaś granatowy strój obowiązujący uczennice w szkole sióstr zmartwychwstanek na Żoliborzu. Kiedy zamieniłyśmy się paltami, mama dała nam pod pachę książki meldunkowe i powiedziała: „Teraz zdecydowanym krokiem, z głową do góry przejdźcie do wyjścia z getta”. W ten sposób znalazłyśmy się za murami getta, gdzie miała czekać umówiona dorożka. Ze zdenerwowania zapomniałam, gdzie ona stoi. W końcu ochłonęłam, odnalazłam ją i pojechałyśmy na Żoliborz. Mama wróciła następnego dnia. Jak to zrobiła – nigdy nie pytałam. W tamtych czasach nie zadawało się niepotrzebnych pytań.

 

Jak potem sobie radziłyście?

Lilka od tego dnia była moją siostrą – kuzynką. Mama załatwiła jej dokumenty na Krysię Wójcikównę – to było nazwisko panieńskie mojej mamy. W czasie Powstania Warszawskiego one z mamą i babcią schroniły się w piwnicy, ja zaś byłam sanitariuszką przy oddziale „Żywiciela”. Po upadku powstania zostaliśmy wszyscy popędzeni do obozu w Pruszkowie. Potem wywieziono nas w zamkniętych wagonach do majątku Kraszewo. Podróż trwała trzy dni. Tam doczekałyśmy zakończenia wojny. Kiedy wróciłyśmy do Warszawy, Lilka zgłosiła się do gminy żydowskiej na Pradze. Stamtąd pokierowali ją do Francji, gdzie odnalazła się jej ciotka.

 

Nie było to jedyne dziecko żydowskie, któremu pomagałyście…

Oprócz Lilki przebywał u nas okresowo chłopiec żydowski Rysio Grynberg, któremu mama załatwiła dokumenty na nazwisko Ryszarda Łukowskiego. Był jeszcze lekarz chirurg z Łodzi, Mikołaj Borenstein, któremu mama załatwiła dokumenty na nazwisko Mikołaja Boreckiego i wystarała się dla niego o pracę palacza w sąsiednim bloku przy ulicy Mickiewicza. Wszyscy oni przeżyli wojnę.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy"
henryk.zielinski@idziemy.com.pl



Najczęściej czytane artykuły

- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI


- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły